czwartek, 25 listopada 2010

Banksy' ego bunt wybiórczy



Do polskich kin wchodzi właśnie "Wyjście przez sklep z pamiątkami", film Bansy- ego, jednego z najbardziej znanych artystów sztuki ulicy na świecie. Zbuntowanego anarchisty, krytykującego neoliberalny, kapitalistyczny porządek społeczny i struktury władzy, zaangażowanego w walkę o prawa zniewolonych i krzywdzonych. Przy tym wszystkim Banksy uparcie okazuje się całkowicie niewrażliwy na kwestię zwierząt. Gdyby chodziło tylko o to, że zwierzęta nie są w jego twórczości podmiotem, że pełnią co najwyżej funkcję symboli ludzi i ich spraw, nie byłoby jeszcze tak źle, choć już świadczyłoby to o wybiórczej empatii tego twórcy. Problem jednak nie w tym, że Banksy nie dostrzega potrzeby walki o prawa zwierząt, ale o to, że sam te prawa łamie, traktując zwierzęta skrajnie przedmiotowo, używa ich jako materiału dla swojej sztuki.

Wielokrotnie malował on farbami na zwierzętach i umieszczał je w różnym otoczeniu, niekoniecznie dla zwierząt komfortowym. Można powiedzieć, że Banksy krzywdzi zwierzęta, choć w rożnym stopniu. Z pewnością nie we wszystkich przypadkach można mówić o znęcaniu się. Zazwyczaj są to łagodniejsze lub mniej oczywiste formy krzywdzenia. Zazwyczaj artysta nie sprawia zwierzętom bólu, nie zabija ich, niemniej naraża je na sytuacje, które w żaden sposób im nie służą. Służą jedynie realizacji artystycznej fantazji Banksy' ego.






instalacja Banksy' ego we wschodnim Londynie

Podobnie jak niektórym ludziom ich czworonożni przyjaciele (a raczej żywe zabawki).



Dotychczas Banksy malował na krowach, świniach czy owcach i umieszczał w bardziej lub mniej wskazanym dla nich otoczeniu. Ostatnio jednak najwyraźniej wraz z rosnącą popularnością Banksy uważa, że może sobie pozwolić na coraz więcej. W ramach wystawy "Barely Legal" w Los Angeles pokazał pomalowanego słonia jako dzieło sztuki. 38-letnia słonica Tai została wypożyczona z prywatnego zoo, pomalowana we wzór tapety wpasowujący się w dizajn pomieszczenia stylizowanego na salon; pasujący więc do ścian, mebli, dywanów, lampy, nie pasujący jednak z pewnością do dzikiego zwierzęcia. Jak powiedział Ed Boks z Animal Services Department, ta praca zawiera bardzo niewłaściwy przekaz, że " (...)krzywdzenie zwierząt jest nie tylko w porządku, ale że jest formą sztuki."(1)

Zwierzę jest zdezorientowane i osaczone na wiele sposobów - przez ściany pomieszczenia i znajdujące się w nim przedmioty, przez płot i tłum ludzi, przez jaskrawe światła reflektorów i błyski fleszy, przez hałas ludzkich głosów. Podobna sytuacja miała miejsce na Biennale Mediations w Poznaniu, była jednak chyba o wiele mniej drastyczna i mniej uprzedmiotawiająca.(2) Przyprowadzona tam koza czuła się jednak źle, co wiem z relacji naocznych świadków, w tym osób profesjonalnie zajmujących się sztuką, niekoniecznie zaangażowanych w problem praw zwierząt, co chyba obiektywizuje w jakimś stopniu ich wrażenia. Słoń wykorzystany przez Banksy' ego czuł się chyba co najmniej tak samo źle, a raczej dużo gorzej, jest bowiem zwierzęciem dzikim, w dodatku został nie tylko przyprowadzony w sztuczne, pełne ludzi miejsce, ale i pomalowany. Nie będę tu analizować mętnych tłumaczeń organizatorów całego tego cyrku (dosłownie i w przenośni), że podobno farby były nietoksyczne, a zwierzę miało dostęp do wody, gdyż nie zmienia to sedna problemu, jakim jest coraz powszechniejsze uprzedmiotowianie, upokarzanie i krzywdzenie zwierząt w sztuce czy też dla sztuki.









Krytyczne analizy takich zjawisk nie są tylko "histeryzowaniem nie rozumiejących współczesnej sztuki obrońców zwierząt", ale wpisują się w nurt, który określić można by mianem antygatunkowistycznej historii sztuki (3), lub szerzej, w nurt ekokrytyczny w humanistyce. Są krytycznym widzeniem zjawisk artystycznych i mechanizmów działania świata sztuki, popularności artystów, rynku. Wszak na wernisażu aletrnatywnego(?) artysty Banksyego pojawili się Angelina Jolie, Brad Pitt, Collin Farell, Orlando Bloom, Cameron Diaz, a jego prace osiągają ceny 10,000 £. Damien Hirst jest chyba najdroższym artystą na świecie, Katarzyna Kozyra stała się sławna dzięki "Piramidzie zwierząt". Czyżby bezwzględne wykorzystywanie zwierząt i szum wokół tego były jedną z recept na artystyczny sukces? W końcu działa to tak, że ja sama także napisałam o Banksym z tego powodu...

***
(1) Oryginalny cytat brzmi: "I think it sends a very wrong message that abusing animals is not only OK, it's an art form." (www.thisislondon.co.uk)
(2)Zob. "Koza na Biennale Mediations".
(3)Por. "Antygatunkowsityczna historia sztuki".


***
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.

poniedziałek, 1 listopada 2010

Mateusz i Marta

Krótka opowieść o przyjaźni i uczuciu Mateusza do Marty. Mateusz jest chłopcem. Marta kurą. Jest czarna i umie wszystko. Mateusz ją uwielbia.

Film zdobył główną nagrodę w konkursie "Bierzcie i kręćcie" w kategorii "L' OFF Story" na tegorocznym festiwalu Off Plus Camera.




Mateusz i Marta
zdjęcia, scenariusz i reżyseria: Bartek Tryzna
montaż: Krzysiek Herbreder
muzyka: Damian Hajdukiewicz
wystąpili: Mateusz i jego kura Marta

Bartek Tryzna to młody niezależny filmowiec, laureat tegorocznej Doliny Kreatywnej oraz reprezentant akcji Filmowe Podlasie Atakuje!.

--
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.

niedziela, 31 października 2010

Świnia i oczyszczenie

W "Obiegu" pojawił się tekst specyficzny, bo właściwie literacki, a nie krytyczno-artystyczny, polemiczny czy naukowy, autorstwa Wojciecha Szymańskiego. Dotyczy on pracy Mateusza Okońskiego Puryfikacja przedstawiającej białą świnię leżącą do góry brzuchem na białej konstrukcji z drewnianych pali, która przypomina jednocześnie stos i tratwę; pozycja zwierzęcia konotuje natomiast rożen. Miejsce, w którym znajduje się praca jest jej częścią. Jej znaczenia powstają na styku tego, co i jak przedstawia rzeźba oraz historycznego i symbolicznego bagażu miejsca, w którym się znajduje.

http://obieg.pl/felieton/19195







Fotografie: Kamila Szopa, źródło: Obieg (www.obieg.pl)
--
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.

czwartek, 28 października 2010

Krzywo zbliżają się do swego celu wszystkie rzeczy dobre. Artur Malewski w Wozowni.



A ja się państwu zwierzę, że bardziej wierzę w zwierzę! - zatytułowała tekst o wystawie Malewskiego kuratorka Marta Smolińska. Zawarta w tytule gra słów kojarzy mi się z z derridiańskim "Zwierzę, którym więc jestem" lub parafrazą Derridy w wykonaniu Agaty Araszkiewicz: "Zwierz-am się, więc jestem"; wbrew i wobec kartejańskiej filozofii uprzedmiotawiającej zwierzęta i właściwie większej części zachodniej filozofii, która długo nie umiała się uwolnić od Kartezjuszowskiego sposobu myslenia o zwierzętach jako bytach niższych, które choć istnieją, to nie egzystują. W swoim felietonie Araszkiewicz stawia pytanie, czy zwierzę ma twarz? Ma osobowość, ale czy jest osobą?

Te wątki są obecne także w zgromadzonych w Wozowni rzeźbach Artura Malewskiego. Zwierzęta, ludzie, hybrydy, stwory wpasowały się idealnie w przestrzeń wystawienniczą. Dzięki trafnemu rozmieszczeniu i oświetleniu prac górna duża sala toruńskiej galerii zamieniła się w rodzaj tajemniczego lasu, w którym napotkać można dziwaczne, kuriozalne stwory, wychylające się spomiędzy słupów, dźwigających strop, niczym zza pni drzew(1). Ta trudna, bo dość ingerencyjna przestrzeń wystawiennicza, w niczym nie przypominająca tradycyjnego white cube'a, za sprawą doskonałej, choć jakże prostej aranżacji, stała się integralną częścią wystawy niemal na równi z samymi rzeźbami. Wyjątkiem jest umieszczona w osobnym niewielkim pomieszczeniu Buba - zatuczona sarna w klatce, ofiara ludzkiej miłości, pod pozorami której kryje się zniewolenie i krzywda. Odmienny charakter pracy podkreślony został nie tylko oddzielną salą, ale także zupełnie innym, bo chłodnym, świetlówkowym światłem, które uwypukla mieszankę smutku i obrzydzenia emanującą z pracy, podkreśla chłód metalowej klatki i fałszywość uczucia, które kumuluje się w metalowych miskach z karmą. Czy chodzi jednak tylko o przekarmianie swych pupili nadmierną ilością smakołyków? Istnieje jeszcze inny rodzaj zabijającej "miłości"... Nie mogę się oprzeć porównaniu z uroczymi prosiaczkami, które ludzie z czułością i uśmiechem na ustach oglądają na pocztówkach i w kalendarzach w Empiku, po czym te same prosiaczki, wcześniej uwięzione, zatuczone, zmaltretowane i zamordowane, zajadają w McDonaldsie kilka metrów dalej.



Do podobnych aspektów odwołuje sie także kuratorka wystawy. Cytując Olgę Tokarczuk pisze ona w katalogu: Cóż to za świat? Czyjeś ciało przerobione na buty, na pulpety, na parówki, na dywan przed łóżkiem, wywar z czyichś kości do picia... Buty, kanapy, torba na ramię z czyjegoś brzucha, grzanie sie cudzym futrem, zjadanie czyjegoś ciała, krojenie go na kawalki i smażenie w oleju...(2). Smolińska zauważa, że Malewskiego intryguje zarówno aspekt ludzki w zwierzęciu, jak i to co zwierzęce w człowieku. Zwraca też uwagę na związek prac Malewskiego z pojawiającym się w książce Tokarczuk pojęciem "światoczucia".



Owego światoczucia musiało brakować tym, którzy w 1957 roku wysłali suczkę Łajkę na śmierć w satelicie Sputnik 2. Zwierzątko nie wytrzymało wysokiej temperatury, ciśnienia i wilgotności, umarło w imię wydumanych ludzkich marzeń, politycznej konkurencji i wybujałego ego naukowców. Ich symbolem jest dumny kształt maszyny, wyłaniający się z ciemności w plamie rozproszonego światła. Gdy jednak podejść bliżej i zajrzeć do środka ujrzy się psa, który zdaje się zaciskać zęby z niewyobrażalnego bólu, jednocześnie wyje ze smutku i strachu w przestworza kosmosu, których odkrycie okupione zostało torturą lub też ze złością szczerzy kły w stronę człowieka, który go skrzywdził. Praca ta była obecna również na wystawie Wszystkie stworzenia duże i małe w Zachęcie, ale tam jakoś zginęła w tłumie, wystawa w Wozowni zaś wydobyła na wierzch jej walory artystyczne - rzeźbiarską świadomość materiału i ekspresyjną siłę wyrazu.



W niemal centralnym miejscu znajduje się kompozycja z jedną z najciekawszych rzeźb tej wystawy - hybrydlaną postacią, która w zamierzeniu artysty łączyć ma wszystkie pierwiastki, m. in. męski i żeński, ludzki i nie-ludzki... Jest w tej pracy coś wzniosłego i coś przyziemnego, coś transcendetalnego i prowokująco organicznie dotykalnego.







Błądząc po wozownianym lesie natkiniemy się też na kobietę-sukę, Człowieka szczęśliwego, trochę nieszczęśliwego - lunatyka z grubym ratlerkiem przypominającym prosiaka, spotkamy wilkołaka ze starannie wykonanym włochatym penisem - kostium, którego Malewski używał do swych akcji artystycznych, a który w ramach tej ekspozycji staje się po prostu rzeźbą. Wilkołak zostaje unieruchomiony, ale jego hybrydalna, ni to ludzka, ni zwierzęca seksualność, pozostawia cień niepokoju.

Warto zobaczyć wystawę i warto przeczytać tekst w katalogu, bo zarówno obraz, który roztacza przed nami artysta, jak i słowa kuratorki nie tylko skłaniają do refleksji nad zwierzęcością i człowieczeństwem, ale też kuszą swą intensywną haptycznością, pobudzają zmysły.



---
Przypisy:
(1)M. Smolińska, A ja się państw zwierzę, że bardziej wierzę w zwierzę!, w: Krzywo zbliżają sie do swego celu wszystkie rzeczy dobre, katalog wystawy, Toruń 2010.
(2)O. Tokarczuk, Prowadź swój pług przez kości umarłych, Kraków 2009, s. 131.
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.

piątek, 17 września 2010

Koza na Biennale Mediations

Na Biennale Mediations w Poznaniu pojawiła się koza...



Był to performance grupy o nazwie "no mad", której członkowie nie podają na stronie internetowej swoich nazwisk. Wiem chyba i tak, kto do tej grupy należy, ale z racji braku pewności nie będę rzucać nazwiskami, przynajmniej nie wszystkimi. Sama tego wydarzenia nie widziałam, ale dotarły do mnie trochę niepokojące sygnały od osób, które były przy nim obecne. Między innymi Iza Kowalczyk na swoim blogu w komentarzu napisała, że koza raczej była zaniepokojona, chyba się bała, ludzie traktowali ją trochę jak niedźwiedzia na łańcuchu... I choć kozie nie stało się nic drastycznego, to jednak mam wrażenie, tak jak Iza, że zwierzę zostało potraktowane dość instrumentalnie. Jaki sens ma zmuszanie zwierzęcia do paradowania w dzikim tłumie i oglądania sztuki, która nie rzadko produkuje dźwięki i obrazy, których zwierzę ma prawo się bać. W takiej sytuacji z resztą nie czułby się dobrze raczej nawet pies, a co dopiero koza. Wyjątkiem może być suczka Tunia niejakiego Grzegorza, konserwatora zabytków z Torunia, która ze swym opiekunem chadza na wszystkie wernisaże. Ale to tylko dlatego, że jej psychika nie jest w stanie znieść braku obecności Grzegorza. Wozownia wpuszcza pieska, w CSW Toruń były problemy, ale przynajmniej raz na moich oczach ochroniarz zmiękł. Trzeba jednak przyznać, że Tunia na tego typu imprezach umie się zachować, nie szczeka, nie biega, nie sika, podczas gdy koza przyprowadzona przez członków grupy "no mad" prawie obsikała komuś buty.



Próbowałam się więc dowiedzieć dokładniej o co w tej akcji chodzi z różnych względów. By dowiedzieć się, czy koza nie jest przypadkiem takim wyjątkiem jak Tunia z Torunia, gdyż nie chcę oskarżyć kogoś bezasadnie o niewłaściwe traktowanie zwierzęcia, a także by poznać zamierzone przez autorów znaczenia akcji z udziałem kozy, oraz ponieważ interesuje mnie nie tylko etyczny aspekt sztuki z udziałem zwierząt. Szkoda, że nie wiem, jak to zwierzę ma na imię, byłoby łatwiej o niej pisać i uświadamiałoby to od razu czytelnikowi moje podejście do kozy jako osoby. Osoby o nieco innych predyspozycjach i potrzebach niż ludzkie. Ale jednak osoby a nie "pracy", jak napisał o niej Artur Kłosiński (według moich obliczeń blisko związany z grupą "no mad"). A zatem powtórzę, że koza to koza, uczestniczka raczej, a nie "praca" albo "obiekt". Kłosiński natomiast w niezbyt uprzejmy sposób zarzucił Kowalczyk, że nie zrozumiała pracy. "Wielka szkoda, że koza nie obsikała pani butów, bo może wtedy zechciałaby się pani dowiedzieć czegoś więcej np. czyja to była praca i dlaczego koza tam się znalazła?" - napisał. Natomiast na wyrażone przez Kowalczyk wątpliwości dotyczące "wygłupionej kozy będącej obiektem sztuki, niezależnie jak szczytne byłoby przesłanie", zareagował: "Jeżeli ktoś pisze o sztuce to powinien znać pracę o której pisze, potem może krytykować, to jest uczciwe podejście." Jak czytam jego słowa mam potrójne wątpliwości. Po pierwsze takie jak Iza. Po drugie zabrzmiało to tak, jakby koza była jednym z przedmiotów, z których składa się praca. Takie słowa są symptomem instrumentalnego podejścia do zwierzęcia. Po trzecie nie rozumiem oczekiwania, że ktoś najpierw musi koniecznie o pracy artystycznej się czegoś dowiedzieć, poczytać, popytać, jakie są intencje autorów i najwyraźniej ma obowiązek odebrać pracę zgodnie z nimi, a do tego powinna mu się ona podobać. W dodatku zarzuty te nie mają prawa bytu, ponieważ Kowalczyk orientowała się w intencjach artystów, w zamierzeniu których koza była protestem przeciwko ocenzurowaniu ich pacy oraz związana była z problemem konfliktu pomiędzy Palestyną a Izraelem. Według grupy "no mad" ten plakat stał się inspiracją dla planowanego performansu:



Koza była oblepiona napisem w języku polskim i angielskim informującym o ocenzurowaniu pracy "no madów", przy czym ma być ona symbolicznym (na szczęście nie dosłownie!!) kozłem ofiarnym złożonym na ołtarzu sztuki. Niezupełnie rozumiem w jaki sposób ma się to odnosić do konfliktu izraelsko-palestyńskiego ani tym bardziej do cenzury. Może chodzi o to, że u muzułmanów (obecnie) oraz u Żydów (historycznie), ale też w wielu innych kulturach, kozioł jest lub był zwierzęciem zabijanym w ofierze, a konflikt na bliskim wschodzie ma podłoże w dużej mierze religijne. Zastanawiający jest też brak jakiejkolwiek afery (oprócz kozy) wokół cenzury dokonanej przez organizatorów biennale oraz to, że atakujący Izę Kowalczyk za "niezrozumienie" akcji grupy "no mad" Artur Kłosiński zażarcie broni również całego biennale. Czy przypadkiem ta rzekoma cenzura nie była wpisana w ich akcję i zaplanowana?



Ten happening mógłby być natomiast ciekawym odniesieniem do dosłownego składania ofiar ze zwierząt na ołtarzu sztuki, czyli wykorzystywaniu ich życia, śmierci i ciała do celów artystycznych, o czym pisałam już kilkakrotnie, m. in. w Artmixie (http://obieg.pl/artmix/16533) i o czym z innej perspektywy pisał Dariusz Gzyra (http://obieg.pl/artmix/16522).





Mimo wszystko postanowiłam podrążyć sprawę. Uzyskałam na przykład informację, że podobno grupa "no mad" uratowała kozę od uboju... Nie jest to informacja potwierdzona. Jeżeli jednak istotnie tak jest, to należą im się ogromne brawa i szacunek za ten czyn, nie zmienia to jednak mojego zdania na temat zmuszania kozy do poruszania się po mieście i zatłoczonym muzeum. Ale z drugiej strony nie znam się aż tak na kozach, być może potrafią się one przystosować do życia w mieście podobnie do psów (i nota bene świń, które można wychować tak jak psy). W tym wypadku jednak zapewne nie bez powodu niektórzy widzowie mieli wrażenie, ze zwierzę się męczy i boi.
Czy ten performans był dobry, czy przemówił do widzów, czy spełnił swoja rolę symboliczną? Ja ocenić nie potrafię, bo mnie tam nie było. Całą tę historię pozostawiam więc czytelnikom do rozważenia i komentowania.








***
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.

środa, 25 sierpnia 2010

Artmix 24(14) "Gender Europy Wschodniej"

Właśnie ukazał się niezwykle ciekawy nowy Artmix :) www.obieg.pl/artmix
Ten numer, podobnie jak poprzedni, a może nawet bardziej, jest międzynarodowy. Kilka tekstów jest w języku angielskim, co uważam za ogromną zaletę. Wschodnioeuropejskość tego numeru odnosi się głównie do tematu, ale znajduje potwierdzenie także w gronie autorów tekstów, którzy pochodzą nie tylko z Polski, ale także innych krajów "gorszej" części Europy.



Artmix 24(14) Gender Europy Wschodniej

Spis treści:

Wściekłość Bojany Pejić; wywiad przy okazji wystawy Gender Check w warszawskiej Zachęcie

Anger of Bojana Pejić. An interview by the occasion of Gender Check Exhibition at the Warsaw's Zacheta Gallery

Bojana Pejić, Dlaczego feminizm zrobił się nagle taki "sexy"?

Izabela Kowalczyk, Ambiwalentne piękno

Katarzyna Pabijanek, Czy artystka, która nie mówi po angielsku, nie jest artystką?

Katrin Kivimaa, Opowieści o "paskudnej dziewczynie". Cyberfeminizm, Transnacjonalizm i Techno-śmiech w sztuce Mare Tralli

Katrin Kivimaa, Stories of a 'Disgusting Girl': Cyberfeminist and Trans/National, Techno-Laughter in Mare Tralla's Art

Ivana Bago, Re: Re: Re: Re: Re: Subversive Repetition and Its Consequences

Igor Siemionowicz Kon, Nagość w malarstwie rosyjskim

Paweł Leszkowicz, Sztuka gejowska?! Chłopcy z tamtych lat

Radosław Kosiada rozmawa z Pawłem Leszkowiczem, Nie cała sztuka jest queer


Zbigniew Libera, Ciotka Kena, 1995 (o tej pracy w tekście Izy Kowalczyk "Ambiwalentne piękno")



Šejla Kamerić, Bosnian Girl, 2003 (projekt publiczny: plakaty, bilboardy, reklamy prasowe, pocztówki, fot. Tarik Samarah) (o tej pracy w tekście Katarzyny Pabijanek "Czy artystka, która nie mówi po angielsku, nie jest artystką?")

***

Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.

wtorek, 17 sierpnia 2010

They had no choice


W kompleksie muzealno-hotelowym Stará Pošta, w Kovalovicach pod Brnem na terenie Czech stanął pomnik poświęcony pamięci zwierząt, które ginęły na wojnach, w szczególności 5 tysiącom koni, które zginęły w bitwie pod Austerlitz 2 grudnia 1805 roku. Do dziś podobno rolnicy znajdują na polach kości koni i ludzi, którzy wtedy polegli, w przeciwieństwie jednak do ludzi, których śmierć upamiętnia kilka monumentów, m. in. Mogiła Pokoju, śmierci zwierząt dotychczas nie uhonorowano. Kovalovicki pomnik ma formę rzeźby przedstawiającej konającego konia. Na grzbiecie zwierzęcia nie ma jeźdźca, co jest celowym zabiegiem artysty gdyż - jak powiedział - to właśnie człowiek odpowiada za śmierć zwierzęcia. Autorem pomnika jest Bolek Polivka, właściciel Starej Pošty, a nie jak podały polskie media, m. in. "gazeta.pl" Nikos Armuditis.

makieta pomnika:


Nie jest jednak prawdą, że jest to pierwszy pomnik upamiętniający śmierć zwierząt poległych w wojnie. Taki monument stanął już w 2004 roku na obrzeżach londyńskiego Hyde Parku (dokładnie na Brook Gate, Park Lane). Zaprojektowany został przez jednego z czołowych angielskich rzeźbiarzy Davida Backhouse'a. Poświęcony jest zwierzętom, które poległy w brytyjskiej armii oraz wszystkim zwierzętom, które zginęły w wojnach.













Inspiracją była książka Jilli Coopera "Animals in War". Tak też brzmi nagłówek inskrypcji umieszczonej na pomniku , a poniżej znajdują się słowa:
"This monument is dedicated to all the animals
that served and died alongside British and allied forces
in wars and campaigns throughout time
".
Drugi, mniejszy napis brzmi prosto i smutno:
"They had no choice" ("Nie miały wyboru").



Ostatnimi czasy trochę mówi o pomnikach i ich formie, tym, czy spełniają dobrze swoją rolę, będąc jedynie nudnymi statuami albo kawałkami betonu lub metalu. Mają o czymś przypominać, coś upamiętniać, być hołdem dla kogoś ważnego, a najczęściej przechodzi się koło nich obojętnie, ledwie je zauważając. Powstało trochę pomników, które te regułę przełamują, np. berliński pomnik ofiar Zagłady. Ten z kolei jest tak atrakcyjny, że ludzie bawią się skacząc po nim z uśmiechem (sama doświadczyłam, że trudno się przed tym powstrzymać, choć jest to zabronione), co nie wydaje się stosowne biorąc pod uwagę przerażająco smutne wydarzenia, które ma on upamiętniać.

A jaki jest londyński pomnik poświęcony zwierzętom? Nie widziałam go niestety na własne oczy, ale wydaje mi się, że ciekawym pomysłem jest przerwa w murze, przez którą można przejść po schodkach, a tym samym dołączyć do idących tamtędy zwierząt. Po jednej stronie ściany widać zmęczone, znękane i objuczone ludzkim wojennym ekwipunkiem postacie zwierząt, kroczące po wybetonowanym szarym podłożu, które po wspięciu się po schodkach i przekroczeniu bramy, wchodzą w inny świat, na zieloną trawę, a ludzki ładunek znika z ich grzbietów. Można to odczytać jako symboliczny moment ich śmierci po trudnym życiu, uprzykrzonym przez ludzkie wojny, śmierci, która uwalnia je od bycia wykorzystywanymi przez człowieka, która pozwala im na wejście do rajskiego ogrodu - de facto parku, na którego obrzeżach ulokowany jest monument.

Więcej o tym pomniku, a także parę ciekawych zdań o ważnej roli, życiu, cierpieniu i śmierci koni, osłów, mułów, psów, kotów, gołębi, a także wielbłądów, słoni i innych zwierząt w czasie wojen oraz indywidualne historie kilku z nich znaleźć można na stronie Animals In War Memorial Fund:
www.animalsinwar.org.uk. Niektóre ze zwierząt zostały nawet odznaczone medalami, pytanie tylko, na ile dla nich samych te ludzkie symbole bohaterstwa mają znaczenie...














Nie mogę pominąć tutaj pozornie przeciętnego, ale jednak niezwykłego obrazu Fortunino Matania (1881-1963)przedstawiającego zrozpaczonego żołnierza tulącego umierającego konia, dla którego komentarzem może być wiersz Henry'ego Chappella (1874-1937)"The Soldier' s Kiss". Obraz jest własnością organizacji The Blue Cross.


autor obrazu: Fortunino Matania (1881-1963)


autor wiersza: Henry Chappell (1874-1937)

Warto jednak pamiętać także o zwierzętach-cywilach zarówno tych domowych, gospodarskich, jak i dzikich, które ginęły w płonących oborach, od bomb i min lub z głodu. O zwierzętach jako ofiarach zapomina się. Media nie podają liczby zabitych i rannych zwierząt innych gatunków niż człowiek. Policja nie odnotowuje przypadków potrącenia lub zabicia zwierzęcia na drodze, media nie podają, czy w samolocie, który spadł leciał pies lub kot, w końcu był tam tylko bagażem, nie wiadomo też ile zwierząt zostało poszkodowanych w powodzi, a jeśli już spieszy im się na ratunek, to zawsze w drugiej kolejności. Doszły mnie co prawda słuchy o podejmowaniu akcji ewakuacji dużej ilości zwierząt klasyfikowanych przez ludzi jako tzw. "gospodarskie" albo "inwentarz", pytanie jednak, czy z pobudek etycznych czy głownie ekonomicznych. Los zwierząt domowych zależał już raczej od łaski ich opiekunów. Niejeden pies utonął przywiązany na łańcuchu. Co prawda Straż Miejska, Wojsko i zapewne także inne państwowe służby odegrały pewna rolę, niemniej największe zasługi leżą po stronie organizacji pozarządowych, ich pracowników i wolontariuszy.

Swego czasu trafiłam na niesamowite fotografie dokumentalne przedstawiające zwierzęta w powodzi tej wiosny w Polsce. Te zdjęcia są czymś więcej niż tylko dokumentem, są manifestem i apelem. Bardzo piękne fotografie, dramatyczne, choć nie drastyczne. Nie można ich skopiować ze strony, dlatego polecam wejście do internetowej galerii Gazety.pl i obejrzenie ich w dobrej jakości:
http://wyborcza.pl/duzy_kadr/1,97904,7928013,Nieme_ofiary_powodzi.html

Ja natomiast zamieszczam tu kilka innych, również poruszających.





























***

Większość zdjęć pomnika oraz zdjęć historycznych umieszczona w niniejszym artykule pochodzi ze strony www.animalsinwar.org.uk. Zdjęcia zwierząt w powodzi pochodzą ze strony www.polskieradio.pl.

Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.