piątek, 14 czerwca 2013

O blogowej krytyce sztuki w radiowej Dwójce

Zapraszam do wysłuchania rozmowy Marty Strzeleckiej z prof. Waldemarem Baraniewskim, Dawidem Radziszewskim oraz ze mną.


Jak to bywa w rozmowach na żywo nie udało mi się powiedzieć wszystkiego co chciałam, nie zdążyłam dokończyć ostatniej myśli, więc kontynuuję ją na blogu. Mój wniosek jest rzeczywiście pesymistyczny. Popsułam Marcie Strzeleckiej próbę zakończenia audycji stwierdzeniem pełnym nadziei (ale to nie dlatego, że chciałam ponarzekać, tylko dlatego, że dopiero w połowie zdania zorientowała się, że czas nam się kończy ;-)

Krytyk - zawód czy hobby?

Gdyby nie to że mój blog jest raczej blogiem naukowczynii kolekcjonującej spostrzeżenia i przemyślenia na dany temat niż krytyczki sztuki, powinnam zmienić jego nazwę na zbliżoną do blogu Magdy Ujmy. W dzisiejszym świecie nie da się bowiem poświęcić życia krytyce artystycznej, a tym samym trudno być naprawdę dobrym i profesjonalnym krytykiem. Ok, jeśli ktoś dostał od rodziców mieszkanie w śródmieściu i nie ma dzieci, może jakoś wyżyje z kolejnych tekstów na umowy o dzieło, ale normalnie żyć się z tego nie da. W rozmowie padło określenie "etat w czasopiśmie o sztuce" - nie wydaje mi się, żeby coś takiego istniało. Nawet redaktorzy "Obiegu" są/byli również kuratorami. Można być kuratorką i przy okazji krytyczką, dziennikarką i przy okazji krytyczką, galerzystką i przy okazji krytyczką, naukowcem i przy okazji krytyczką, ale krytyczką po prostu, tylko lub głównie być się nie da. 

Ja wybrałam drogę pracy naukowej, która wydaje mi się najmniej uwikłana w lansiarską śmietankę towarzyską, a tym samym daje najwięcej niezależności intelektualnej. Ale w obliczu obecnych procesów stopniowej zamiany uniwersytetu w korporację, coraz trudniej będzie być krytyczką dodatkowo, obok pracy naukowej. Wiedza zaczyna być mierzona, przeliczana, punktowana. Dobry tekst krytyczno-artystyczny przestaje się liczyć na uczelni, liczy się za to choćby słaby tekst, ale w punktowanym czasopiśmie naukowym. Z przykrością więc stopniowo porzucam aktywność krytyczno-artystyczną, gdyż w obliczu nowych akademickich standardów takie publikacje to żadne publikacje, ponieważ nie są recenzowane i punktowane.O problemach w godzeniu funkcji kuratora i krytyka pisano już parokrotnie, więc nie będę się w to wdawać. Natomiast krytyków etatowych w gazetach codziennych jest jak na lekarstwo. Poza tym taka krytyka w dzisiejszych czasach tabloidyzacji gazet, jest zmuszona mówić o tym, co atrakcyjne lub przynajmniej o tym, co może sprawiać wrażenie atrakcyjnego, w taki sposób, by wydawało się atrakcyjne. Oczywiście zawsze można pracować w korporacji i wieczorami pisać teksty o sztuce. Tylko czy w którymkolwiek z powyższych przypadków jest się zawodowym krytykiem sztuki?

Z tych powodów krytyka po trochu umiera, staje się jałowa (w znaczeniu, o którym pisała Magda Ujma) lub staje się "pisaniem o sztuce" (w znaczeniu o jakim mówił prof. Waldemar Baraniewski, pisaniem przybierającym czasem charakter tekstu informacyjno-promocyjnego (na ten problem zwrócił kiedyś uwagę Grzegorz Borkowski), pisaniem teoretyczno-naukowym, najrzadziej chyba pisaniem krytyczno-artystycznym we właściwym znaczeniu tego pojęcia. I na niewiele się zdała próba ratowania krytyki np. poprzez konkurs "Wielka Nadziej Młodej Krytyki", skoro wygrana nie przekłada się na żadną pracę, żaden etat, nic co pozwalało by młodej krytyczce pomyśleć, że warto i że da się być krytyczką zawodowo. Można pisać o sztuce, nawet pisać dobrze, ale nie łudźmy się, że krytyk sztuki to zawód. Krytyka sztuki może być hobby, pasją. Można się starać realizować swoje pasje jak najlepiej.

 O krytykach, środowiskowych zależnościach i języku

W języku pisania o sztuce w internecie, w takim na przykład jakim posługuje się autorka blogu "Sztuka na gorąco", widzę pewne niebezpieczeństwa. Język nadmiernie luzacki czasami jest powierzchowny, a także przestaje być precyzyjny. Zastanawiam się czasami, czy to, co mówi Karolina Plinta da się powiedzieć innym językiem. W języku wyraża się sposób myślenia. Sama staram się używać języka bardziej zbliżonego do tego używanego w czasopismach drukowanych czy naukowych, ponieważ wydaje mi się, że taki bardziej klasyczny, wyważony język zmusza do sformułowania pewnych myśli, a próba przełożenia myśli na słowa, pozwala precyzować myśli (Gadamer się kłania). Niemniej, mimo iż nie chcę Dawida Radziszewskiego łapać za słówka (z całą sympatią dla niego i szacunkiem dla jego ciekawych wypowiedzi), wydaje mi się, że w jego stwierdzeniu, że "Karolina Plinta się wyrabia" jest odcień mimowolnej wyższości. Nie wydaje mi się także, by w "Obiegu" pisali ludzie z ulicy. Gdy wczoraj zajrzałam do "Obiegu" ukazał się moim oczom zestaw nazwisk wcale nie przypadkowych i już wcześniej czytanych. A jeśli w "Obiegu" pisze coraz więcej nowych, mało znanych osób, to uważam to za dobry znak. Zamkniętemu, wąskiemu środowisku sztuki współczesnej przyda się chyba właśnie krytyczne spojrzenie z zewnątrz. Nie spojrzenie wrogie, nie opozycyjne, ale będące poza rozgrywkami politycznymi "lewa-prawa", świeże, spoza kręgu. W tym chyba cała nadzieja współczesnej krytyki. Pamiętam, gdy pod koniec studiów zaczynałam czytać czasopisma o sztuce, m. in. "Obieg" właśnie, po chwilowej fascynacji, miałam nieodparte wrażenie zawodu i nudy wynikającej z tego, że ciągle czytam tych samych autorów, mających tych samych faworytów, ten sam krąg znajomych wśród śmietanki towarzysko-kuratorskiej, a co za tym idzie promujących tych samych artystów, aż do znudzenia. I niekoniecznie byli to artyści najciekawsi. 
 
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

piątek, 24 maja 2013

Po premierze "The Ghosts in Our Machine"

 kadry z filmu "The Ghosts in Our Machine"

Po warszawskiej premierze filmu Liz Marschall "Duchy naszego systemu" w ramach festiwalu Planete+Doc odbyła się debata poprowadzona przez Mikołaja Jastrzębskiego, w której udział wzięli prof. Andrzej Elżanowski - zoolog z PAN, dr Michał Bilewicz - psycholog z UW, Cezary Wyszyński - prezes Fundacji Viva oraz ja, czyli historyczka sztuki z UW. Debatę uważam za udaną, było bowiem sporo osób, sporo pytań, dość ożywiona dyskusja, która trwała trzy godziny, a zakończyła się tylko dlatego, że przyszedł czas na kolejny seans.

Podczas dyskusji starałam się poruszyć nie tylko problematykę społeczno-etyczną, która jest przedmiotem samego filmu, ale także poddać analizie sam film jako film właśnie, pokusić się o jakąś ocenę, porównać go z innymi filmami dokumentalnymi na pokrewne tematy oraz poruszyć kwestię siły i sposobów oddziaływania tego typu kina. W jaki sposób za pomocą medium filmowego można mówić o cierpieniu i śmierci zwierząt oraz ich uwikłaniu w system i nasze codzienne życie? Nie udało mi się powiedzieć wszystkiego, co chciałam, częściowo dlatego, że  nikt nie podjął tematu filmu jako dzieła sztuki i jako części kultury wizualnej, a szkoda, bo jak się okazało na sali było 99% wegetarian, więc była to okazja, żeby porozmawiać o tym, jak za pomocą filmu mówić o problemie wykorzystywanie zwierząt w celach konsumpcyjnych w taki sposób, by do kina przyciągnąć nie tylko wegetarian. Być może na filmie było więcej niewegetarian niż na debacie, niemniej mały odsetek niewegetarian świadczy o tym, że filmy poruszające kwestie cierpienia zwierząt nie mają siły oddziaływania odpowiadającej skali i powadze problemu wykorzystywania i zabijania zwierząt. Warto więc zastanowić się na czym polega problem z niedoborami publiczności spoza środowisk prozwierzęcych i czy można coś z tym zrobić.

 kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

"Duchy naszego systemu" jest dość klasycznym dokumentem opowiadającym o problemach społeczno-stycznych przez pryzmat jednej głównej bohaterki, czyli Jo-Anne McArthur, fotografki, fotoreporterki, której niezwykle dobre i wymowne zdjęcia ukazały w wielu prestiżowych i poczytnych gazetach i czasopismach oraz na okładkach książek z dziedziny animal studies, jak choćby "Teaching The Animal" pod red. Margo DeMello wydanej przez Animals&Society Institute. 

 kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Niewątpliwie ciekawym tematem jest praca fotoreporterki. Film pokazuje charakter takiej pracy i trudności, które się w niej napotyka: praktyczne, takie jak wkradanie się na fermę futrzarską i psychiczne - dla Jo-Anne najtrudniejszy jest moment, gdy po sfotografowaniu zostawia zwierzęta, wiedząc, że nie może im wszystkim pomóc i wierząc, że za pomocą zdjęć może im bardziej pomóc niż interweniując bezpośrednio. Ten sam problem napotykają fotoreporterzy dokumentujący cierpienie ludzi, np. podczas wojny, ale także w ramach struktur współczesnej globalnej gospodarki, np. wyzysk dzieci na plantacjach w Afryce. Ujawnia się tu problem dobra ogółu i jednostki. Konkretne zwierzęta, często chore, poranione, bardzo cierpiące, przeznaczone na pewna śmierć Jo-Anne zostawia, ale jednocześnie  fotografowanie jest misją mającą na celu poprawę sytuacji zwierząt poprzez ujawnienie faktów związanych z warunkami ich życia i umierania, informowanie opinii publicznej i wpływanie na postawy społeczne. Jo-Anne, będąc świadoma banalności tego stwierdzenia, nieco przekornie mówi "Yes, I'm trying to save the world". Opowiada także o potrzebie regeneracji psychicznej po oglądaniu zła w tak dużej dawce. By móc dalej fotografować cierpiące zwierzęta, musi przez jakiś czas pobyć z tym szczęśliwymi, z tego względu co jakiś czas odwiedza przytulisko dla zwierząt (tzw. farm sanctuary), gdzie przebywają krowy, świnie i inne zwierzęta uratowane z rzeźni, hodowli lub transportu. Co istotne obcowanie z tymi zwierzętami jest wchodzeniem w relację z konkretnymi jednostkami, poznawaniem ich osobowości i obserwowaniem przemiany jaką przechodzą w przytulisku.

Dobre są zarówno zdjęcia McArthur, które zostały pokazane z filmie, jak i zdjęcia w sensie materii medium filmowego.
kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Niestety film jest niemiłosiernie amerykański i po amerykańsku sentymentalny. Jest też bardzo spokojny, co samo w sobie nie jest co prawda wadą, ale staje się nią, gdy zbyt banalne sceny są pokazywane zbyt długo. Takiem momentem jest m. in. ten, w którym pokazywane są zdjęcia Maggie - suczki rasy beaggle zaadoptowanej po eksperymentach w laboratorium. Maggie jest oczywiście cudownym psiakiem i nie wątpię, że w bezpośrednim kontakcie wcale nie jest nudna, niemniej zdjęcia szczęśliwego małżeństwa z pieskiem w przesadzonej ilości nie sprzyjają wciągnięciu się widza w opowiadaną historię.Cenne są sceny pokazujące wytatuowane numery w uszach obydwu polaboratoryjnych piesków. Są symbolicznym i dosłownym piętnem, jakie odcisnęło na nich laboratorium, kojarzą się także w dość oczywisty sposób z tatuażami więźniów z niemieckich nazistowskich obozów pracy i zagłady, przede wszystkim tych, którzy byli ofiarami doktora Mengele. 

 kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Jednym z ciekawszych momentów jest scena wkradania się na fermę futrzarską, ponieważ najzwyczajniej w świecie podkręca fabułę i buduje napięcie. Cennym momentem w filmie jest także ten omawiający projektowanie rzeźni. Naukowczyni z amerykańskiego uniwersytetu wypowiada się fachowo na temat opracowanego przez siebie projektu ubojni dla krów, która została opracowana w taki sposób, by była jak najwydajniejsza i sprawiająca jak najmniej problemów pracownikom. Badania z zakresu etologii i psychologii krów zostają wykorzystane do zaplanowania architektury i maszynerii rzeźni w taki sposób, by działała szybko i sprawnie. Nie do uniknięcia jest skojarzenie z planowaniem obozów zagłady, które miały w jak najwydajniejszy sposób unicestwić jak największą ilość Żydów, a jednocześnie pozyskać z nich jak najwięcej: ubrania, obuwie, cenne przedmioty, biżuterię i złote zęby w przypadku Żydów, a niekiedy nawet tłuszcz, zaś mięso, wnętrzności, skóry i kości w przypadku zwierząt. Warto przy tym pamiętać, że projekty techniczno-organizacyjne niemieckich obozów zagłady z czasów II wojny zostały opracowane w dużej mierze na podstawie projektów ówczesnych amerykańskich rzeźni przemysłowych, co opisuje dr Charles Patterson w "Wiecznej Treblince" (którą polecam czytać także w oryginale, gdyż polskie tłumaczenie jest fatalne pod względem językowym, chyba w ogóle niezredagowane). 


kadry z filmu "The Ghosts in Our Machine" 
 
"Duchy naszego systemu" są filmem niespecjalnie różniącym się od "The Witness" czy "Peacable Kingdom". Wydaje mi się, że trzeba znaleźć nową formułę dokumentu mówiącego o kwestii praw i wyzwolenia zwierząt, ich cierpienia i śmierci w masowych hodowlach i rzeźniach.  Przyszło mi do głowy kilka pytań, na które należałoby poszukać odpowiedzi tworząc kolejne filmy:

Jak kręcić filmy o problematyce wegetariańskiej tak, by nie były nudne i moralizatorskie?

Jak zaznaczyć obecność moralnego problemu bez nadużywania banalnych porównań typu: krowa na zielonej trawie versus zmaltretowana krowa w przemysłowej hodowli?
 
Jak mówić o uwikłaniu zabijania zwierząt w system, w codzienne życie i codzienne wybory większości ludzi bez wzbudzania w widzu mechanizmu psychologicznego polegającego na odrzuceniu problemu, dystansowaniu się do niego, chęci odsunięcia go od siebie z powodu poczucia winy?

Jak mówić o tych sprawach tak, by przemówić do ludzi, by uzmysłowić skalę zła, ale jednocześnie, by nie epatować okrucieństwem na ekranie? "Duchy naszego systemu" próbują temu sprostać serwując widzom minimalną dawkę okrucieństwa, bez której obraz byłby fałszywy. Wydaje mi się, że film został pomyślany tak, by można go było puścić w telewizji w godzinach kina familijnego lub zabrać na niego do kina grupę młodzieży szkolnej. Jest to niewątpliwą zaletą tego filmu, choć jednocześnie nie unaocznia on skali i ogromu zła, które w rzeczywistości jest niepojmowalne, niewypowiadalne... Czy da się w ogóle znaleźć taką formułę filmu dokumentalnego, która pozwoliła by to zło wypowiedzieć z całym jego przerażającym ogromem? Czy możliwa jest sztuka po Holokauście - pytał Adorno. Czy mówienie o tym w jakikolwiek inny sposób niż pokazanie gołych faktów nie jest estetyzacją holokaustu (zwierząt)?

  kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Jednym z filmów, w których się to udało jest "Erthlings", który, pomijając sam początek (nieco zbyt wzniosły jak na europejskiego widza), jest nagą prawdą, czystym dokumentem, co stwierdzam z całą świadomością tego, co pisała Susan Sontag o manipulacji obecnej zawsze w jakiś sposób w dokumencie. Ów wstęp do "Earthlings" nie ingeruje jednak w sam dokument, w to, co zostaje pokazane później, sugeruje jedynie możliwy (słuszny) sposób postrzegania tego, co zobaczymy dalej. "Earthlings" jest tak trudny do obejrzenia jak trudne do zaakceptowania są fakty, o których mów. Film jest tak jak owe fakty przerażający, szokujący, unieruchamiający. "Earthlings" obejrzałam z zamkniętymi oczami, inaczej się nie da. Oczy spuchły mi od płaczu, było mi fizycznie niedobrze, długo odchorowywałam ten film. Był tak trudny jak trudna jest prawda. Ale pytanie ile osób go obejrzy, kto go obejrzy, kto dotrwa do końca, kto w ramach psychicznej reakcji obronnej go nie wyprze i nie wyjdzie z kina mówiąc sobie: nie, to nie możliwe, nie, ja się do tego nie przyczyniam? Może zatem estetyzujemy Holokaust, by móc o nim mówić, może potrzebujemy złagodzonych form , by pewne fakty w ogóle móc przyjąć do wiadomości?
Wiem jednak, że istnieją osoby, które potrafią się emocjonalnie zdystansować do wszelkiego rodzaju obrazów i faktów. O problemie tego, dlaczego dany obraz lub dana informacja w jednych budzi empatię, a w innych nie, mówił podczas debaty psycholog dr Michał Bilewicz.

  kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Nie zrażajcie się nudnawym zwiastunem "Duchów naszego systemu", idźcie do kina.
Tu można obejrzeć krótkie historie wybranych bohaterów filmu, takich jak świnia Nikki, indyczka Hildy czy suczka z laboratorium, Maggie: http://vimeo.com/theghostsinourmachine/videos
Nie zniechęcajcie się trochę patetycznym kilkuminutowym początkiem "Earthlings", obejrzyjcie ten film - producent udostępnia go bezpłatnie: http://earthlings.com/.
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
 ---

czwartek, 2 maja 2013

"Duchy naszego systemu" na festiwalu Planete+Doc

19.05. (niedziela), godz. 18.00
Kinoteka, ul. Plac Defilad 1
wstęp: 16 zł (wstęp na debatę darmowy!)

W ramach festiwalu  Planete+Doc i Tygodnia Wegetarianizmu organizowanego przez Fundację Viva odbędzie się premiera filmu Duchy naszego systemu (Ghosts in our machine) w reżyserii Liz Marshall. Film opowiada o pracy fotografki Jo-Anne McArthur, która dokumentuje warunki życia zwierząt w ponad 40 krajach. Jej fotografie są bardzo dobre i znalazły się na okładkach wielu magazynów i książek. Dwie z tych książek pokażę na debacie, która odbędzie się po seansie filmowym.
Wezmą w niej udział:
Prof. Andrzej Elżanowski - zoolog i paleontolog Polskiej Akademii Nauk
Dr Michał Bilewicz - psycholog społeczny, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego
Dorota Łagodzka - historyczka sztuki, zajmuje się animal studies, Wydział Artes Liberales UW
Cezary Wyszyński - prezes Fundacji Viva!

Zapraszam do kina i na dyskusję, a tym, którzy nie dotrą, zdam na blogu relację z moich wypowiedzi. Podczas debaty chcę poruszyć nie tylko problematykę społeczno-etyczną, która jest przedmiotem samego filmu, ale także poddać analizie sam film jako film właśnie, pokusić się o jakąś ocenę, porównać go z innymi filmami dokumentalnymi na pokrewne tematy oraz poruszyć kwestię siły i sposobów oddziaływania tego typu kina. W jaki sposób za pomocą medium filmowego można mówić o cierpieniu i śmierci zwierząt oraz ich uwikłaniu w system i nasze codzienne życie?

Trailer filmu nie jest porywający, ale sam film już ciekawszy. Oprócz o relacjach ludzi i zwierząt nieczłowieczych mówi także o pracy fotoreprterki. A zdjęcia Jo-Anne McArthur są naprawdę dobre. Zdjęcia w znaczeniu formalno-technicznej składowej filmu - także.

Pokazy filmu i debaty odbędą się także w innych miastach: Wrocławiu, Krakowie, Szczecinie, Toruniu i Poznaniu. W Poznaniu w debacie udział wezmą m. in. dr hab. Monika Bakke, prof. UAM i Dariusz Gzyra.



---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

środa, 1 maja 2013

Animal studies - nowa perspektywa badawcza w humanistyce?

W Instytucie Badań Literackich PAN, w ramach trwającego od kilku miesięcy cyklu wykładów "Animalia", odbędzie się spotkanie dla wszystkich zainteresowanych problematyką studiów nad zwierzętami w badaniach nad kulturą.

Anna Barcz i Dorota Łagodzka, autorki projektu "Znaczenie studiów nad zwierzętami dla badań nad kulturą w Polsce" (NCN), przedstawią wstępne rozpoznania dotyczące zmiany postrzegania zwierząt na wybranych przykładach w literaturze (Barcz) i w sztuce (Łagodzka). Czy teoria literatury i sztuki potrzebują studiów nad zwierzętami? Czym miałby być zwrot zwierzęcy w humanistyce (coraz częściej nazywanej posthumanistyką)? Z jakimi ważnymi przemianami mamy do czynienia? Czy można mówić o kwestionowaniu antropocentrycznego paradygmatu? Jakie nowe sposoby postrzegania i rozumienia współczesnej kultury otwiera przed nami problematyka zwierzęca i jakie to ma znaczenie dla rzeczywistych zwierząt?

9.05.2013 (czwartek), godz. 18.00
IBL PAN, ul. Nowy Świat 72 (Pałac Staszica), 00-330 Warszawa
sala 144 

Osoby śledzące mój blog i znające moje publikacje oraz referaty na konferencjach prawdopodobnie nie dowiedzą się aż tak wiele nowego. Będzie jednak okazja, by dowiedzieć się czegoś o zwierzętach w literaturze. Spotkanie to jest także zaproszeniem do dyskusji nad tą problematyką. Mile widziane konstruktywne komentarze i sugestie. W szczególności zapraszam naukowców, intelektualistów i twórców, którym kwestie związane ze zwierzętami wydają się warte przedyskutowania, sproblematyzowania i teoretycznego opracowania, a także aktywistów prozwierzęcych, którzy doceniają rolę filozofii, teorii i sztuki w przemianach społeczno-etycznych.

Przy okazji przedstawiam stronę internetową Animal Studies PL, uruchomioną w ramach w.w. projektu NCN-owskiego. Dostępne są na niej informacje o projekcie, konferencji i wystawie, ale także informacje o innych konferencjach, wykładach, naborach tekstów, numerach czasopism, kursach i wystawach związanych z rozwojem studiów nad zwierzętami w Polsce. Zachęcamy do nadsyłania informacji o tego typu wydarzeniach na mail kontaktowy podany na stronie. 




---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

czwartek, 4 kwietnia 2013

Bielinek bytomkowiec w Kronice


fot. Adam Nuzban, źródło: http://www.nuzban.pl/b/bielibyt.htm

Bogna Burska, autorka "Arachne", pracy wideo, w której tarantula buszuje w kobiecym buduarze, tym razem będzie pracować z motylami. Projekt powstaje we współpracy z entomologami, a motyle ostatecznie zostaną wypuszczone na wolność i umieszczone w warunkach sprzyjających dla poszczególnych gatunków. Charakter tego przedsięwzięcia artystycznego przypomina nieco działania duetu Komar i Melamid, który podjął ekowspółpracę ze słoniami. Mimo iż takie postawy artystyczne nie są wolne od manipulacji, to jednak artyści angażują się ekologicznie, starając sprzyjać zwierzętom. Bogna Burska pomaga wylęgać się motylom, którym nie sprzyja poprzemysłowa metropolia miejska. Komar i Melamid natomiast zatrudniają słonie, które zostały najpierw oswojone, a następnie porzucone przez ludzi, żyjące w tajskich miastach. Słonie, w przeciwieństwie do tych tresowanych, malują, to, co chcą, a dochód z artystycznej działalności słoni zostaje przeznaczony na ich ochronę.

 Komar i Melamid ze słoniem Renee
Tarantula w pracy wideo Bogny Burskiej "Arachne"


Bogna Burska "Co jedzą rusałki?"
w ramach programu „Projekt Metropolis"
Galeria Kronika w Bytomiu
27 kwietnia - wrzesień 2013

Kurator: Stanisław Ruksza

Praca „Co jedzą rusałki?" Bogny Burskiej polega na próbie wyhodowania żywych motyli w galerii, nawiązując do początków idei wystawiennictwa, muzeów przed podziałem na specjalizacje, pokazujących zjawiska, które ludzie chcą oglądać (rzeczy, istoty, idee). Zarazem odnosi się do faz powstawania dzieła sztuki, jak i przemian człowieka w jego spełnianiu – fourierowskiej „namiętności motyla", potrafiącej zmieniać życie, zarówno społeczne, jak i samą naturę dzięki dostępności różnych aktywności.

Jak mówi artystka: „Idea założenia hodowli w galerii sztuki wzięła się w tym wypadku stąd, że proces przepoczwarzania owada, zwłaszcza takiego, który ma wiele faz życia oraz jest bardzo delikatny, efemeryczny i nie żyje długo, wydaje się bardzo podobny do procesu tworzenia dzieła sztuki. Procesu, który również nie zawsze musi się udać, a jeżeli się już uda, jego losy bywają różne: począwszy od interpretacji, a kończąc na jego losach i czasie trwania (nie zawsze długim)".

W Kronice, po konsultacjach ze śląskimi entomologami, powstanie motylarnia (ostatnia taka, założona w ogródku działkowym przez Bolesława Szczepańskiego istniała w regionie jeszcze dwa lata temu), złożona z gatunków żyjących w regionie. W skład hodowli wejdą m.in.: niedźwiedziówka kaja, zmierzchnica trupia główka, bielinek bytomkowiec, listkowiec cytrynek, rusałka pawik, rusałka pokrzywnik. Obserwować będzie można cały proces przepoczwarzania się owadów: od larw do dorosłych motyli. Po zakończeniu projektu wyhodowane motyle zostaną wypuszczone na wolność i umieszczone w warunkach sprzyjających dla poszczególnych gatunków.

Następstwem wystawy jest przygotowywany artbook z dokumentacją projektu oraz tekstami Sebastiana Cichockiego i Stanisława Rukszy.

Bogna Burska (ur. 1974) - artystka sztuk wizualnych, używa różnych mediów (m.in. wideo, instalacja, malarstwo, fotografia). Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Obecnie wykłada na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. 



źródło: materiały Galerii Kronika


Przy okazji chciałabym też wspomnieć Marie Sybille Merian, której 336 rocznica urodzin minęła 2 kwietnia. Merian była przyrodniczką, której pionierskie badania entomologiczne i własnoręcznie wykonane wspaniałe ilustracje przedstawiające cykle rozwojowe owadów i egzotyczne rośliny są dziś nie tylko świadectwem ciekawości badawczej i kunsztu artystycznego, ale także odwagi kobiety, która dla wiedzy gotowa była wyłamać się z przypisanej jej płci roli społecznej*.


autorka: Maria Sybilla Merian, źródło: http://thebonegirl.tumblr.com/, cyt. za Obywatele Nauki



* Aneta Pieniądz, strona facebookowa organizacji Obywatele Nauki. 
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Malarski gest gigantycznego psa



Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art


Ogromny pies obsikuje budynek  Orange County Museum of Art  w Newport Beach w Kalifornii. Ta 28-metrowa rzeźba autorstwa Richarda Jacksona jest częścią wystawy Ain’t Painting a Pain. To pozornie zabawne dzieło kryje w sobie istotne znaczenia. Gest psa oznacza:
- to samo co gest Jacksona Pollocka
- uznanie dla Andrea Serrano
- zwierzęta jako podmioty twórcze
- erę posthumanizmu
- interakcję natury i kultury
- zwycięstwo natury nad kulturą
- spojrzenie na sztukę z punktu widzenia psa
- olewanie instytucji kultury przez rząd
- że sztukę trzeba olać
- że miasto jest zanieczyszczane przez zwierzęta
- postulat otwarcia miejsc publicznych dla zwierząt

Zaznacz prawidłową odpowiedź, ale nie zapominaj, że dziś Prima Aprilis.

Podziękowania dla Marzeny Kotyczki za znalezienie tej rzeźby.

Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art


 Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art


Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
 ---

niedziela, 10 marca 2013

Bio-art Karoliny Żyniewicz

Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia


Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia


Podczas pobytu w Toruniu z powodu udziału w debacie "Granice sztuki" w toruńskim CSW, miałam okazję poznać przy okazji Karolinę Żyniewicz, artystkę, której biologiczno-chemiczna instalacja "Kwarantanna" w Galerii Wozownia została pokazana następnego dnia. Karolina jest artystką bezpretensjonalną, co w przypadku twórców zajmujących się bio-artem, jest raczej rzadkie. Podoba mi się także, że jej wystawa "Kwarantanna", prezentowana w ramach kolejnego cyklu wystaw w Laboratorium sztuki, kuratorowanego przez Marię Niemyjską, nie jest wątpliwa etycznie, w przeciwieństwie do większości dzieł bio-artu. Żyniewicz pracuje w materii nieożywionej, raczej chemicznej niż biologicznej (choć są i kiełkujące ziarna), ale nie sposób je przecież całkowicie rozdzielić.

Jak pisze Niemyjska: Projekt „Kwarantanna” obejmuje wyizolowaną w niewielkiej przestrzeni „sterylną” instalację oraz konstrukcje, które wyzwalają chemiczne procesy z udziałem wody, metali, soli. Procesy te nie rządzą się naukową, ale artystyczną logiką. W warunkach izolacji, przebiegają one samorzutnie, nie prowadząc do rozstrzygnięć na gruncie chemii czy biologii, ale na gruncie sztuki. W polu badania pojawia się estetyka organicznej materii jak również estetyka laboratorium, przypominającego w pewnych  aspektach white cube. Karolina Żyniewicz nie inicjuje rzeczywistych spotkań nauki ze sztuką, jak wielu artystów zajmujących się bioartem. Artystka raczej w swobodny sposób korzysta z laboratoryjnych procedur, a pozbawiając je naukowej celowości, nadaje im sens podyktowany subiektywnymi potrzebami.  Może właśnie ten brak pretensji do naukowości sprawia, że bio-art Żyniewicz nie jest kontrowersyjny z bioetycznego punktu widzenia. Dzięki temu nie jest szokujący, smutny i męczący. I dlatego o nim piszę. Kontrowersyjna sztuka jest nudna. ;)

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

Na swoim blogu artystka pisze, że bardzo się starała uzyskać idealnie sterylne, białe wnętrze: Osoby przechodzące, w trakcie mojej pracy zachwycały się czystością i jednocześnie wyrażały obawę o jej zniszczenie śladami stóp zwiedzających. Mnie samej również chodziła po głowie ta myśl. Pojawiła się idea przygotowania ścieżki po środku, wyznaczenia obszaru ,,do zadeptania,,. Ostatecznie jednak każdy dodatkowy element raził mnie obcością, sam "zbrudzał". Podjęłam decyzję o ,,poddaniu,, się w walce o zachowanie ideału. Choć muszę przyznać, że pierwsze ślady, które znalazłam na podłodze, spowodowały dziwne ukłucie a zaraz potem ulgę, że stało się, stan kwarantanny został przerwany, człowiek wszedł ,,z buciorami,, w sztucznie wygenerowany ideał. Efektu ,,zbrukania,, udało by się uniknąć, gdyby w niszach nie było nic do zobaczenia. Jednak umieściłam tam samorealizujące się obrazy. W jednej z wnęk ciecz, cieknąca z kroplówki, nawilża podłoże (z podpasek higienicznych), które chłonie i utrzymuje wodę, dając tym samym podstawy do wykiełkowania ziarnom. W drugiej wnęce obraz powstaje w kooperacji wody i soli. Wspólnie destruują one blachę, malując abstraksyjne plamy. Obie prace wymagają aktywności kuratora wystawy, który pod moją nieobecność, będzie dokumentował malarskie procesy.

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

Zachęcam do śledzenia Laboratorium sztuki oraz do zapoznania się z poprzednim cyklem tych miniaturowych wystaw, pt. Wielkie mi rzeczy!, kuratorowanym również przez Marię Niemyjską.

---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

piątek, 1 marca 2013

Plagiat i granice sztuki oraz istotne szczegóły związane z pijawką

performens Angeliki Fojtuch, Festiwal „Pigs&Rabbits”, Sopot, 2013, kadr z filmu Artura Trzcińskiego

W związku z opisanym przeze mnie w "Artmixie" performensem interwencyjnym Angeliki Fojtuch odbędzie się dyskusja w toruńskim CSW. Wezmą w niej udział zarówno Angelika Fojtuch jak i Arti Grabowski, a także krytycy sztuki, kuratorzy i pedagodzy: Hubert Bilewicz, Stanisław Ruksza i ja oraz filozof-etyk dr Marcin Zdrenka. Zabraknie niestety prawnika, który, jak się okazało, nie będzie mógł przyjechać. Johannes Deimling również został zaproszony, ale odmówił.

Poniżej zamieszczam zapowiedź dyskusji sformułowaną przez CSW, ja natomiast chciałabym poruszyć inną jeszcze kwestię związaną z performensem Angeliki Fojtuch i dyskusjami na temat granic sztuki. Otóż do tej pory zajmowałam się granicami sztuki w odniesieniu do używania zwierząt w sztuce. Z jednej strony można tu znaleźć punkty styczne, ponieważ pojęcie przekraczania granic sztuki można odnieść zarówno do tego, co zrobiła Fojtch, jak i do tego, co zrobił Grabowski, a wreszcie do tego, co zrobił Deimling.

Bardziej bezpośrednim punktem stycznym jest jednak użycie przez Fojtuch pijawki. Jak napisałam w "Artmixie"
pijawka przyczepiona do czoła symbolicznie wysysała myśli artystki, a pozostała po tym krwawiąca rana była raną emocjonalną, krzywdą, której doznała przez kradzież. Ściskaną (symbolicznie miażdżoną) w ręku pijawkę obnoszoną dookoła sali można rozumieć jako zapowiedź zwycięstwa Fojtuch w wojnie o prawo autorskie do credo artystycznego. W tym miejscu na prośbę artystki chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że pijawka nie była miażdżona dosłownie i nie stała jej się żadna krzywda. Wręcz przeciwnie, żyje nadal w mieszkaniu Fojtuch. Tak jak wspomniałam artystka użyła jednak zwierzęcia, nad którym miała przewagę i które zostało potraktowane przedmiotowo, co może stanowić precedens do używania w sztuce innych zwierząt, których losy bywają często niewesołe. W tym wypadku jednak, paradoksalnie, zwierzę zostało uratowane właśnie dzięki wykorzystaniu go w sztuce. Gdyby bowiem Fojtuch nie zaangażowała pijawki do swojego performensu  zostałaby ona zutylizowana niezwołocznie po użyciu w celach medycznych (w hirudoterapii). Jest to kolejny przykład na to, że komentowana przeze mnie wcześniej wersja zapisu dotyczącego sztuki proponowanego przez Ewę Chudybę do ustawy o ochronie zwierząt, mimo słusznych celów, jest wyrazem zbyt małej wnikliwości i nieuwzględniania różnorodności sztuki i sytuacji etycznych, które w jej obrębie mogą zaistnieć. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że pojęcie krzywdy jest kluczowe dla wspomnianej inicjatywy ustawodawczej. Tutaj bowiem w sztuce pojawiło się żywe zwierzę, ale nie zostało skrzywdzone, tylko uratowane. Jest to jednak raczej wyjątek.

Wracając jednak do samej dyskusji w CSW, dotyczy ona przede wszystkim zjawiska plagiatu. Nie będę się tu rozpisywać, żeby mieć o czym mówić podczas panelu, ale wspomnę jedynie, że zjawisko plagiatu szerzy się ostatnio także w świecie naukowym. W tym temacie polecam artykuły na Forum Akademickim, ponieważ wydaje mi się, że plagiat, wbrew któremu protestuje Fojtuch nie różni się jakością (choć wielkością - owszem) od plagiatu Magdaleny Otlewskiej, którego ofiarą stała się przede wszystkim dr hab. Małgorzata Kowalewska Warto porównać fragmenty doktoratu Otlewskiej i doktoratu Kowalewskiej (na zdjęciach w prawej kolumnie artykułu), by nie mieć wątpliwości, że mamy do czynienia z plagiatem. Podczas spotkania w CSW będzie okazja, by Fojtuch w ten sam sposób porównała dwa katalogi. W środowisku akademickim obowiązują określone procedury związane z plagiatem, a jak to wygląda w środowisku artystycznym? Czym się różni plagiat od cytatu, od parafrazy oraz od appropriation art i sztuki pirackiej, o której pisała na swoim blogu Iza Kowalczyk? :
 http://strasznasztuka.blox.pl/2012/11/O-pochwale-sztuki-pirackiej-i-pracy-Oli-Ska.html
 http://strasznasztuka.blox.pl/2012/11/Obrazy-w-internecie-jak-zombie.html

GRANICE SZTUKI - panel dyskusyjny
czwartek, 7 marca, godz.18.00, LabSen

Jak daleko może posunąć się artysta? Czy może dowolnie przesuwać granice? Czy działanie artystyczne podlega normom społecznym i prawnym?
7 marca w toruńskim CSW odbędzie się debata z udziałem zaproszonych gości, którzy będą próbowali odpowiedzieć na powyższe pytania.
Punktem wyjścia debaty będzie konflikt dwojga artystów: Angeliki Fojtuch oraz Johanesa Deimlinga. Artystka zarzuciła niemieckiemu performerowi kradzież credo artystycznego. Je protest nie doczekał się żadnej reakcji ze strony środowiska artystycznego, akademickiego i instytucjonalnego. Frustracja Fojtuch, spowodowana ignorowaniem problemu i środowiskową inercją  – rosła. Okazją do inteligentnej reakcji, która stała się jednocześnie działaniem artystycznym, był „interwencyjny  performance” artystki, wykonany podczas męskiej edycji festiwalu „Pigs&Rabbits”. Akcja miała miejsce 11 stycznia 2013 roku w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie (materiał video z akcji: http://www.youtube.com/watch?v=JHMybEOWN60&feature=youtu.be ).
Zaproszeni do CSW goście, reprezentujący zarówno środowisko artystów, jak i krytyków i teoretyków sztuki, włączą się w ten trudny dyskurs, próbując uczciwie przedstawić swoje stanowisko dotyczące zjawiska plagiatu w przestrzeni artystycznej i jego konsekwencji etycznych i prawnych. Czy artystka miała prawo zakłócić działanie performatywne Deimlinga? Dlaczego to zrobiła? Czy reakcja kuratora Artiego Grabowskiego była prawidłowa, czy wręcz przeciwnie – niedopuszczalna?
Zapraszamy na dyskusję!
Paneliści:
Angelika Fojtuch
Arti Grabowski
Hubert Bilewicz
Stanisław Ruksza
Dorota Łagodzka
dr Marcin Zdrenka

Notki biograficzne panelistów można znaleźć na stronie CSW. 

piątek, 15 lutego 2013

Artmix nr 30(20) "Wizualizacje wojny"

 

  

Spis treści
Paweł Leszkowicz, Susan Sontag i etyka fotografii
Beata Łazarz, Feminizowanie ciał "terrorystów", czyli o cyklu Abu Ghraib Fernando Botero z  nie-męskiej perspektywy
Elżbieta Janicka, Miejska partyzantka symboliczna. O Widoczkach Patrycji Dołowy
Marta Raczek-Karcz, Ciała mimo wszystko – o projekcie That You Have Someone Agnes Janich
Joanna Turowicz, Historie Ziny i jej dzieci, wywiad z Nelą Brzezińską, Danielem Brzezińskim, Katarzyną Regulską, Magdą Sobolewską i Joanną Wichowską
Dorota Łagodzka, Performance interwencyjny Angeliki Fojtuch
 
W tym numerze prezentujemy teksty odnoszące się wizualizacji wojny i koszmaru Zagłady. Chcemy zastanowić się wspólnie z czytelnikami i czytelniczkami, w jaki sposób współcześnie ukazywane są w sztuce działania wojenne oraz na ile tego rodzaju przedstawienia podejmują wyzwania etyczne.

Jak pisała Susan Sontag, dzisiaj to przede wszystkim fotografie określają sposób, w jaki pamiętamy i oceniamy ważne konflikty. O rozważaniach tej autorki na temat fotografii wojennych, problematycznego ukazywania cierpienia innych i współczesnych „okropności wojny” pisze Paweł Leszkowicz. Autor pyta za Sontag o etykę fotografii, a pod koniec swojego tekstu zastanawia się nad kwestią recepcji jej myśli w kontekście polskiej kultury wizualnej. Sontag rozważając patrzenie na cierpienia innych pisała przede wszystkim o fotografiach z Abu Ghraib ukazujących torturowanie irackich więźniów przez amerykańskich żołnierzy. Te fotografie stały się inspiracją dla obrazów Fernando Botero, o których pisze Beata Łazarz, zwracając uwagę na kwestię feminizowania ciał „terrorystów”.

Kwestia etyki, współodpowiedzialności, potrzeby zaświadczania o koszmarze przeszłości pojawia się w tekście Elżbiety Janickiej omawiającym Widoczki Patrycji Dołowy. Prace te odnoszą się do topografii miasta, w którym zapomniano o odprawianiu pochówku, przywołane zostaje bowiem dawne warszawskie getto. Janicka opisuje metodę pracy artystki: „Patrycja Dołowy sporządza odlewy własnego torsu, pokrywa je emulsją fotograficzną, naświetla pod powiększalnikiem obrazami z rodzinnego archiwum, następnie zaś zakopuje w ziemi”. Chodzi w ten sposób o uwidocznienie rozpadu, ale także – co ważne – dawanie świadectwa. Inną artystką zwracającą uwagę w swej sztuce na potrzebę zaświadczania o koszmarze Zagłady jest Agnes Janich, o której pisze Marta Raczek-Karcz. W przypadku projektu tej artystki That You Have Someone, odnoszącego się do obozowych wspomnień, chodzi przede wszystkim o ocalenie pamięci ciała – pożądającego i kochającego. Ważna dla tego tekstu, jak i pozostałych, jest również problematyka płci, m.in. odmienność kobiecych doświadczeń w kontekście wojny.

Tego problemu dotyczy również wywiad Joanny Turowicz z autorami spektaklu Historie Ziny, a dotyczący kobiecego doświadczeniu wojny i uchodźstwa, teatru dokumentalnego oraz tożsamości drugiego pokolenia uchodźców z Kaukazu. Tekst ten jest przedrukowany dzięki uprzejmości „Didaskaliów”.

Również na polu sztuki toczą się wojny – o prawa autorskie, o prawo do swoich idei artystycznych, a także o szacunek. Tego problemu dotyczył performance Angeliki Fojtuch „Sztuka! Nie kradnij”, który miał miejsce 11 stycznia 2013 roku, a o którym pisze w komentarzu Dorota Łagodzka.

Dziękujemy przy okazji Alicji Kusiak-Brownstein za namówienie nas do podjęcia tego tematu. Informujemy również, że z naszej redakcji odeszła Edyta Zierkiewicz, której dziękujemy za wieloletnią współpracę.

Izabela Kowalczyk i Dorota Łagodzka

 Kadr z filmu Anny Grzelewskiej Widoczki. Pamięć miasta, pamięć ciała.

Kadr z filmu Anny Grzelewskiej Widoczki. Pamięć miasta, pamięć ciała.


piątek, 28 grudnia 2012

Nie strzelaj w Sylwestra! - drugi plakat TPN


Kolejny dobry plakat Tatrzańskiego Parku Narodowego mający zwrócić uwagę na to, że wystrzałów boją się nie tylko zwierzęta domowe, ale także dzikie, których nie możemy przytulić na pocieszenie ani podać im środków uspokajających. Poważną sprawą jest to, że wybuchy petard wybudzają je z zimowego snu, który pozwala im przetrwać zimę. Także błyski świateł powodują popłoch wśród kozic i sprawiają, że niedźwiedź ucieka z gawry - swojej zimowej kryjówki. Gdy taki naturalny proces snu-letargu zostanie zaburzony, co gorsza gwałtownie przerwany, zwierzę może nie przeżyć, na ucieczkę zużywa energię, którą miało zmagazynowaną, by przetrwać do wisony.

Wpis ten jest jednocześnie kontynuacją wątku dobrych projektów plakatów proanimalistycznych. Plakat jest nieco retro, oscyluje wokół stylistyki modernistycznej i przywodzi na myśl drzeworyty tatrzańskie Władysława Skoczylasa. Nie jest minimalistyczny w duchu dzisiejszej estetyki plakatowej, ale prosty i oszczędny, choć bynajmniej nie subtelny, raczej zbliżony do stylistyki art brut. Skojarzenie z drzeworytami Skoczylasa nie jest chyba przypadkowe, bowiem plakat powstał na zamówienie TPN, przede wszystkim z myślą o turystach, którzy zamierzają spędzić Sylwestra w Zakopanem.


Przypominam jak wyglądał plakat zeszłoroczny w podobnej stylistyce: http://niezla-sztuka.blogspot.com/2012/01/sylwestrowy-plakat-tpn.html. Jego autorem był Krzysztof Kokoryn, więc podejrzewam, że tegoroczny plakat też można mu przypisać.
 







---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

Bałwan - street art czy land art?



Ostatnio mam skłonność do wpisów lekkich i dowcipnych. Tak też powitajmy Nowy Rok... Prezentuję zatem rzeźby z naturalnego tworzywa jakim jest śnieg - bałwany. Niektóre wyrzeźbione, ulepione, inne stworzone tylko przez dodanie małego akcentu do natury - kładziemy patyczek, kamyczek na ośnieżonej gałęzi i mamy niedźwiedzia, którego Greenpeace wykorzystał do promowania kampanii w obronie Arktyki. Artywizm zatem. Moda na zwierzęce tematy w sztuce ujawnia się także w "sztuce niskiej" lepienia bałwanów, za którymi kryją się czasem głębsze treści. Np. suki Anity to portrety suk przebywających na tzw. tymczasie u przodowniczki organizacji Bezdomniaki Szydłowieckie, która w szczególności zajmuje się pomocą bezdomnym, często ciężarnym sukom. Niekiedy jedynym ratunkiem jest aborcja lub sterylizacja aborcyjna, gdyż bezdomne suki bywają często zapładniane przez za duże dla nich psy, co powoduje, że szczeniaki są duże i ciąża lub poród powodują ryzyko śmierci matki. Niemniej jest to także kwestia prewencyjnej polityki przeciwdziałania rozmnażaniu bezdomnych zwierząt. Uważam jednak, że decyzja o aborcji, którą wszak człowiek podejmuje za sukę, powinna być podyktowana jedynie względami dobra jej i szczeniaków, a nie dobra ogólnego. Bezdomniaki Szydłowieckie odwalają kawał dobrej roboty, niemniej istnieje w społeczeństwie bardziej ogólny problem nadużywania aborcji i eutanazji w odniesieniu do zwierząt. Zabiegi te w odniesieniu do zwierząt nie są traktowane do końca poważnie, a decyzja o nich podejmowana jest często zbyt łatwo. Eufeminizm "usypianie" zdecydowanie to ułatwia... No i w międzyczasie przestało być lekko i dowcipnie.


Anita Wesołowska, Moje osobiste suczydła












 fot. Katarzyna Kombi Jankowska


  fot. Katarzyna Kombi Jankowska
 ---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
 ---