wtorek, 30 lipca 2013

Kozyra, wypchaj się! Spichlerz Sztuki Wejcherowo 2013


Dariusz Paczkowski, Wypchaj się!, wystawa zbiorowa Budowla i Człowiek w Spichlerzu Sztuki Wejherowo 2013, Foto Art Vyrzecky.


Dariusz Paczkowski, Wypchaj się!, wystawa zbiorowa Budowla i Człowiek w Spichlerzu Sztuki Wejherowo 2013, Foto Art Vyrzecky.

Zawsze wiedziałam, że przyjdzie taki moment, w którym recepcja "Piramidy zwierząt" Katarzyny Kozyry zacznie się zmieniać. Stopniowo przełamuje się jednostronne spojrzenie jako na "wielkie dzieło", "klasykę polskiej sztuki" etc. na rzecz spojrzenia mniej jednoznacznego, a bardziej krytycznego. Niedawno ukazał się tekst Karoliny Plinty o całokształcie twórczości Kozyry, moje teksty figurują  w bibliografii na Wikipedii pod hasłem "Piramida zwierząt", a teraz Dariusz Paczkowski robi w swojej pracy niedwuznaczną aluzję. Wykorzystywanie zwierząt jako materiału sztuki zaczyna być więc coraz częściej komentowane krytycznie nie tylko w środowisku tzw. obrońców zwierząt (ci już powiedzieli, co mieli powiedzieć, ale też uczą się w bardziej konstruktywny sposób krytykować sztukę bazującą na krzywdzie zwierząt), lecz również w środowisku artystycznym. Ferment rodzi się wewnątrz tego hermetycznie zamkniętego słoika i tylko taki ferment ma szansę rzeczywiście zmienić smak. 

 Otwarcie Spichlerza Sztuki Wejcherowo 2013

Na drugiej edycji festiwalu artystycznego w Spichrzu Sztuki w Wejcherowie pojawiła się praca Dariusza Paczkowskiego "Wypchaj się". Aluzja do "Piramidy zwierząt" jest oczywista, oczywista jest też podwójność znaczenia tej aluzji - z jednej słowa te, są wyrazem wkurzenia na czyn Kozyry i lekceważenia wobec jej prestiżu i sławy, z drugiej pojawia się sugestia, żeby zwolennicy zabijania i wypychania zwierząt sami się wypchali w sensie dosłownym angielskiego taxidermy. Niech sami siebie uprzedmiotowią, niech poświęcą własne życie i ciało. Wtedy mogą liczyć na jeszcze większy rozgłos, choć sława już na niewiele im się przyda, podobnie jak na niewiele przydaje się zwierzętom. Można by jeszcze analizować znaczenie trójkąta w pracy Paczkowskiego - symbolikę piramidy egipskiej jako znaku władzy i sławy oraz jej budowy kosztem innych czy piramidy żywieniowej, w której jeszcze niedawno mięso zajmowało sporo miejsca, ostatnimi czasy zaś coraz mniej, ba, nawet polski Instytut Żywności i Żywienia uznał dietę wegetariańską za pełnowartościową. 

 widok wystawy Budowla i Człowiek w Spichlerzu Sztuki Wejherowo 2013

Paczkowski pisze: To mój komentarz do pracy dyplomowej Katarzyny Kozyry pt.: Piramida zwierząt. Zwierzęta użyte zostały przez artystkę, wyłącznie, jako materiał wykorzystany do budowy instalacji artystycznej i zdobycia dyplomu. I ma w zupełności rację. Później jednak dodaje: Wyselekcjonowane, zabite i spreparowane. Przekroczone zostały granice między sacrum a profanum. Sztuka, która moim zdaniem powinna zawsze stać po stronie niepodważalnej świętości życia, została zbrukana dla zaspokojenia przyziemnych doraźnych potrzeb. Tym zdaniem Paczkowski wpisuje się w jedną z postaw wyrażających oczekiwania wobec sztuki i postrzeganie jej pozycji w stosunku do etyki, wspomnianych przeze mnie w tekście, który dopiero się ukaże. Jedna z tych postaw wymaga od sztuki dobra i piękna, moralności i dobrego przykładu, nie pozwalając sztuce być taką, jak pozostałe obszary ludzkiej działalności, a artystów zobowiązując do bycia kimś lepszym od większości ludzi, druga postawa daje artyście absolutny immunitet, wychodząc z założenia, że w sztuce wolno więcej. 




 Dariusz Paczkowski, Wypchaj się!, wystawa zbiorowa Budowla i Człowiek w Spichlerzu Sztuki Wejherowo 2013, Foto Art Vyrzecky.

--- 
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

środa, 17 lipca 2013

My life as a bird


Christan Jankowski, Discourse News, kadr z filmu

Odwiedziłam dzisiaj warszawskie CSW, ponieważ prof. Joanna Sosnowska powiedziała mi o prezentowanych tam pracach ze zwierzętami Christiana Jankowskiego.  Ale nie tylko dlatego, i tak od czasu do czasu odwiedzam to miejsce. Ostatni raz byłam, gdy jeszcze trwała wystawa Maurizio Cattelana, o której jednak nie chciało mi się pisać. Maurizio - jak to imię pięknie brzmi po włosku. Gorzej z wystawą i Cattelanem w ogóle. Ale nie o tym zamierzam tu pisać. 

 Christian Jankowski, Direktor Pudel, 1998
(źródło zdjęcia:
www.helgamariaklosterfelde.de)

Na początek dwa słowa o "niezwierzęcych" pracach Christiana Jankowskiego, które zwróciły moją uwagę. Zabawny jest Casting na Jezusa, choć nie wiem, czy obnaża tak znowuż wiele mechanizmów funkcjonowania współczesnej kultury, z pewnością jednak nie jest nudny. Najbardziej podobała mi się chyba praca "Discourse News", w której następuje spiętrzenie, zapętlenie i sprzężenie zwrotne znaczeń związanych ze statusem dzieła sztuki w sensie ontologicznym, ale także jako wytworu kultury, przedmiotu handlu i budowania prestiżu, a także krytyki artystycznej, PR-u, sławy i mechanizmów, które tym wszystkim rządzą. Jak pisze kuratorka, Ewa Gorządek, znana prezenterka telewizyjna Annika Pergamnent prowadzi program informacyjny przy swoim biurku w studio NY1. Przekazuje widzom definicję sztuki według Jankowskiego oraz prowadzi rozmowy o jego twórczości z ekspertami - wszytko w dobrze zrobionej formule wiadomości telewizyjnych.


 Christian Jankowski, Flock, 2002 
(źródło zdjęcia: www.helgamariaklosterfelde.de)

Jeśli zaś chodzi o prace, w których pojawiają sie zwierzęta, to w jednej z sal Jankowski ustawił jeden na drugim trzy telewizory, a w każdym z nich wyświetlana jest jedna część trylogii, czyli: Moje życie pod postacią gołębia (My life as a dove), Dyrektor Pudel i Stado. Dodatkowo na ścianach wiszą fotografie-plakaty ze scenami z filmów. Przyznam szczerze, że gdyby nie opis w folderze, trudno by było do końca zrozumieć przedstawione historie. W Dyrektorze Pudlu Jankowski proponuje dyrektorowi galerii, by wybrał zwierzę, którym chce się stać i, jak pisze kuratorka, w rezultacie dyrektorem zostaje biały pudel. Zastanawiam się jednak, co to znaczy, ze pies zostaje dyrektorem, bo przecież tak naprawdę nim nie zostaje. Kim jest ów pudel? I czemu służy taka zabawa? Z kolei w stadzie - pisze Gorządek - widownia, trzeci element "magicznego koła" zostaje zamieniona w stado owiec i pod ich postacią wpuszczona do galerii. Hmm... te owce są chyba po prostu zdezorientowane i głównie to mi się rzuca w oczy.

 Christian Jankowski, Flock, 2002
(źródło zdjęcia: bureauforopenculture.org)


 Christian Jankowski, Moje życie pod postacią gołębia (My life as a dove), 1996
(źródło zdjęcia: www.helgamariaklosterfelde.de)

A więc artysta, kurator i widownia zostają przemienieni w zwierzęta. No tak, tylko dlaczego akurat w te zwierzęta, jak mają się gatunki do owych ról w artystycznym światku? I czy oby na pewno zwierzęta miały ochotę brać udział w całym przedsięwzięciu? Ja zawsze jednak nieodmiennie zadaję sobie pytanie, co się stało z nimi potem.

Każda z części trylogii Jankowskiego oparta była na magicznych przemianach postaci w magicznym teatrzyku. Jak napisano w folderze do wystawy, pierwszy pełen humoru film pokazuje jak w obecności zgromadzonej na wystawie publiczności Jankowski zostaje zmieniony przez magika Wina Brando w ptaka i pod tą postacią żyje w galerii w trakcie wystawy. Biały gołąb staje się alter ego artysty. Praca prowokuje pytanie o wiarę w moc przemiany, jaką przypisuje się artystycznej kreacji. Czym jest więc tu gołąb jak nie wzniosłym symbolem, elementem dyskursu, który do niego samego się nie odnosi? Zastanawiam się co to za gołąb, bo w końcu wiadomo, że nie Jankowski. Wiadomo, że to mistyfikacja.  I to podwójna: po pierwsze dzieło sztuki - film jest kreacją, grą, po drugie to, co przedstawia też jest udawaniem, sztuczkami. W tym pierwszym gołąb jest aktorem, w tym drugim - rekwizytem. Można mniemać, że życie Jankowskiego pod postacią gołębia, jako żywego rekwizytu teatrzyku magicznych sztuczek, nie będzie zbyt szczęśliwe. Z pewnością szczęśliwszy jest Charalie Winston pod postacią kaczki, czy też kaczora. W każdym razie jego utwór "My life as a duck" jest jedną z moich ulubionych piosenek wszechczasów. Ale może on wcale nie śpiewa o sobie, lecz po prostu o kaczce, która jest sobą. Na Youtubie utwór ilustruje jednak zdjęcie Winstona z gołębiem. Jest to utwór piękny muzycznie i gęsty znaczeniowo, intrygujący i ujmujący, filozoficzny, nostalgiczny i pełen spokojnego optymizmu.



They laugh at me at my life.
My life as a duck;
But I don't get worked up.
It's my life as a duck.

You may think this is funny;
You may think I had bad luck;
Or did you think that I was stuck,
In my life as a duck?

For all my life I've tried to hide
the animal in me
Now it's time to open up and
breathe
And breathe

I don't know where I'm going
Or from which place I have come.
But as long as I'm floating
The don't can be undone

You must be thinking 'what is he on?'
But things are looking up
I've started to believe in living
My life as a duck

For all my life I'v tried to hide
the animal in me
Now it's time to open up and breathe
And breathe

So listen!

I know everything about you
Your father was a duck
(x4)
For all my life...

---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

czwartek, 4 lipca 2013

Rybie Oko 7

Jako, że przypadło mi w udziale  trudne zadanie oceniania wysiłków młodych artystów, wyniki ogłaszam na blogu. Jury dyskutowało przy okazji także sprawę regulaminu konkursu, także istnieje szansa, że w kolejnej edycji ulegnie on pewnym drobnym zmianom, które mają sprzyjać zarówno twórcom, jak i sztuce. Tymczasem...

Decyzją jury Biennale Sztuki Młodych RYBIE OKO 7 w składzie:
Cichocki Sebastian
Łagodzka Dorota
Ryczek Justyna
oraz z ramienia organizatora:

Lewandowski Roman
Wolska Edyta

do wystawy zostali zakwalifikowani:
BAŻOWSKA NATALIA
BRANDYS ANNA MARIA
BUGALSKI MICHAŁ
CHORÓBSKI MATEUSZ
DOROSZENKO EWA
DRAGOSZ EMILIA
HYJEK MICHAL
KOSZEWNIK TOMASZ
KOZIOŁ OLA
KÜHL ALEKSANDER
LIS PIOTR
ŁAZARCZYK MAGDALENA
ŁUCZYNA MAŁGORZATA
MANIAK KRZYSZTOF
MARKIEWICZ MAŁGORZATA
MATYSZEWSKI PAWEŁ
PIEREGOŃCZUK URSZULA
SZCZYPIŃSKI MATEUSZ
SZUSZKIEWICZ MICHAŁ
SZYMANKIEWICZ MAŁGORZATA
TRUSEWICZ ŁUKASZ
WOLNY MARIUSZ
WYJADŁOWSKI ERWIN

http://www.baltic-gallery.art.pl/archiwum/rybieoko7/

Nazwiska laureatów I i II nagrody oraz wyróżnienia honorowe zostaną ogłoszone podczas otwarcia wystawy pokonkursowej. Wszystkim laureatom serdecznie gratuluję, a tych, którzy nie zostali zakwalifikowani do wystawy proszę, by się nie zrażali i spróbowali za rok, może z innymi pracami, może z większą ilością prac oraz by prześledzili ewentualne zmiany w regulaminie, które być może dadzą niektórym większe pole do popisu.

piątek, 14 czerwca 2013

O blogowej krytyce sztuki w radiowej Dwójce

Zapraszam do wysłuchania rozmowy Marty Strzeleckiej z prof. Waldemarem Baraniewskim, Dawidem Radziszewskim oraz ze mną.


Jak to bywa w rozmowach na żywo nie udało mi się powiedzieć wszystkiego co chciałam, nie zdążyłam dokończyć ostatniej myśli, więc kontynuuję ją na blogu. Mój wniosek jest rzeczywiście pesymistyczny. Popsułam Marcie Strzeleckiej próbę zakończenia audycji stwierdzeniem pełnym nadziei (ale to nie dlatego, że chciałam ponarzekać, tylko dlatego, że dopiero w połowie zdania zorientowała się, że czas nam się kończy ;-)

Krytyk - zawód czy hobby?

Gdyby nie to że mój blog jest raczej blogiem naukowczynii kolekcjonującej spostrzeżenia i przemyślenia na dany temat niż krytyczki sztuki, powinnam zmienić jego nazwę na zbliżoną do blogu Magdy Ujmy. W dzisiejszym świecie nie da się bowiem poświęcić życia krytyce artystycznej, a tym samym trudno być naprawdę dobrym i profesjonalnym krytykiem. Ok, jeśli ktoś dostał od rodziców mieszkanie w śródmieściu i nie ma dzieci, może jakoś wyżyje z kolejnych tekstów na umowy o dzieło, ale normalnie żyć się z tego nie da. W rozmowie padło określenie "etat w czasopiśmie o sztuce" - nie wydaje mi się, żeby coś takiego istniało. Nawet redaktorzy "Obiegu" są/byli również kuratorami. Można być kuratorką i przy okazji krytyczką, dziennikarką i przy okazji krytyczką, galerzystką i przy okazji krytyczką, naukowcem i przy okazji krytyczką, ale krytyczką po prostu, tylko lub głównie być się nie da. 

Ja wybrałam drogę pracy naukowej, która wydaje mi się najmniej uwikłana w lansiarską śmietankę towarzyską, a tym samym daje najwięcej niezależności intelektualnej. Ale w obliczu obecnych procesów stopniowej zamiany uniwersytetu w korporację, coraz trudniej będzie być krytyczką dodatkowo, obok pracy naukowej. Wiedza zaczyna być mierzona, przeliczana, punktowana. Dobry tekst krytyczno-artystyczny przestaje się liczyć na uczelni, liczy się za to choćby słaby tekst, ale w punktowanym czasopiśmie naukowym. Z przykrością więc stopniowo porzucam aktywność krytyczno-artystyczną, gdyż w obliczu nowych akademickich standardów takie publikacje to żadne publikacje, ponieważ nie są recenzowane i punktowane.O problemach w godzeniu funkcji kuratora i krytyka pisano już parokrotnie, więc nie będę się w to wdawać. Natomiast krytyków etatowych w gazetach codziennych jest jak na lekarstwo. Poza tym taka krytyka w dzisiejszych czasach tabloidyzacji gazet, jest zmuszona mówić o tym, co atrakcyjne lub przynajmniej o tym, co może sprawiać wrażenie atrakcyjnego, w taki sposób, by wydawało się atrakcyjne. Oczywiście zawsze można pracować w korporacji i wieczorami pisać teksty o sztuce. Tylko czy w którymkolwiek z powyższych przypadków jest się zawodowym krytykiem sztuki?

Z tych powodów krytyka po trochu umiera, staje się jałowa (w znaczeniu, o którym pisała Magda Ujma) lub staje się "pisaniem o sztuce" (w znaczeniu o jakim mówił prof. Waldemar Baraniewski, pisaniem przybierającym czasem charakter tekstu informacyjno-promocyjnego (na ten problem zwrócił kiedyś uwagę Grzegorz Borkowski), pisaniem teoretyczno-naukowym, najrzadziej chyba pisaniem krytyczno-artystycznym we właściwym znaczeniu tego pojęcia. I na niewiele się zdała próba ratowania krytyki np. poprzez konkurs "Wielka Nadziej Młodej Krytyki", skoro wygrana nie przekłada się na żadną pracę, żaden etat, nic co pozwalało by młodej krytyczce pomyśleć, że warto i że da się być krytyczką zawodowo. Można pisać o sztuce, nawet pisać dobrze, ale nie łudźmy się, że krytyk sztuki to zawód. Krytyka sztuki może być hobby, pasją. Można się starać realizować swoje pasje jak najlepiej.

 O krytykach, środowiskowych zależnościach i języku

W języku pisania o sztuce w internecie, w takim na przykład jakim posługuje się autorka blogu "Sztuka na gorąco", widzę pewne niebezpieczeństwa. Język nadmiernie luzacki czasami jest powierzchowny, a także przestaje być precyzyjny. Zastanawiam się czasami, czy to, co mówi Karolina Plinta da się powiedzieć innym językiem. W języku wyraża się sposób myślenia. Sama staram się używać języka bardziej zbliżonego do tego używanego w czasopismach drukowanych czy naukowych, ponieważ wydaje mi się, że taki bardziej klasyczny, wyważony język zmusza do sformułowania pewnych myśli, a próba przełożenia myśli na słowa, pozwala precyzować myśli (Gadamer się kłania). Niemniej, mimo iż nie chcę Dawida Radziszewskiego łapać za słówka (z całą sympatią dla niego i szacunkiem dla jego ciekawych wypowiedzi), wydaje mi się, że w jego stwierdzeniu, że "Karolina Plinta się wyrabia" jest odcień mimowolnej wyższości. Nie wydaje mi się także, by w "Obiegu" pisali ludzie z ulicy. Gdy wczoraj zajrzałam do "Obiegu" ukazał się moim oczom zestaw nazwisk wcale nie przypadkowych i już wcześniej czytanych. A jeśli w "Obiegu" pisze coraz więcej nowych, mało znanych osób, to uważam to za dobry znak. Zamkniętemu, wąskiemu środowisku sztuki współczesnej przyda się chyba właśnie krytyczne spojrzenie z zewnątrz. Nie spojrzenie wrogie, nie opozycyjne, ale będące poza rozgrywkami politycznymi "lewa-prawa", świeże, spoza kręgu. W tym chyba cała nadzieja współczesnej krytyki. Pamiętam, gdy pod koniec studiów zaczynałam czytać czasopisma o sztuce, m. in. "Obieg" właśnie, po chwilowej fascynacji, miałam nieodparte wrażenie zawodu i nudy wynikającej z tego, że ciągle czytam tych samych autorów, mających tych samych faworytów, ten sam krąg znajomych wśród śmietanki towarzysko-kuratorskiej, a co za tym idzie promujących tych samych artystów, aż do znudzenia. I niekoniecznie byli to artyści najciekawsi. 
 
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

piątek, 24 maja 2013

Po premierze "The Ghosts in Our Machine"

 kadry z filmu "The Ghosts in Our Machine"

Po warszawskiej premierze filmu Liz Marschall "Duchy naszego systemu" w ramach festiwalu Planete+Doc odbyła się debata poprowadzona przez Mikołaja Jastrzębskiego, w której udział wzięli prof. Andrzej Elżanowski - zoolog z PAN, dr Michał Bilewicz - psycholog z UW, Cezary Wyszyński - prezes Fundacji Viva oraz ja, czyli historyczka sztuki z UW. Debatę uważam za udaną, było bowiem sporo osób, sporo pytań, dość ożywiona dyskusja, która trwała trzy godziny, a zakończyła się tylko dlatego, że przyszedł czas na kolejny seans.

Podczas dyskusji starałam się poruszyć nie tylko problematykę społeczno-etyczną, która jest przedmiotem samego filmu, ale także poddać analizie sam film jako film właśnie, pokusić się o jakąś ocenę, porównać go z innymi filmami dokumentalnymi na pokrewne tematy oraz poruszyć kwestię siły i sposobów oddziaływania tego typu kina. W jaki sposób za pomocą medium filmowego można mówić o cierpieniu i śmierci zwierząt oraz ich uwikłaniu w system i nasze codzienne życie? Nie udało mi się powiedzieć wszystkiego, co chciałam, częściowo dlatego, że  nikt nie podjął tematu filmu jako dzieła sztuki i jako części kultury wizualnej, a szkoda, bo jak się okazało na sali było 99% wegetarian, więc była to okazja, żeby porozmawiać o tym, jak za pomocą filmu mówić o problemie wykorzystywanie zwierząt w celach konsumpcyjnych w taki sposób, by do kina przyciągnąć nie tylko wegetarian. Być może na filmie było więcej niewegetarian niż na debacie, niemniej mały odsetek niewegetarian świadczy o tym, że filmy poruszające kwestie cierpienia zwierząt nie mają siły oddziaływania odpowiadającej skali i powadze problemu wykorzystywania i zabijania zwierząt. Warto więc zastanowić się na czym polega problem z niedoborami publiczności spoza środowisk prozwierzęcych i czy można coś z tym zrobić.

 kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

"Duchy naszego systemu" jest dość klasycznym dokumentem opowiadającym o problemach społeczno-stycznych przez pryzmat jednej głównej bohaterki, czyli Jo-Anne McArthur, fotografki, fotoreporterki, której niezwykle dobre i wymowne zdjęcia ukazały w wielu prestiżowych i poczytnych gazetach i czasopismach oraz na okładkach książek z dziedziny animal studies, jak choćby "Teaching The Animal" pod red. Margo DeMello wydanej przez Animals&Society Institute. 

 kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Niewątpliwie ciekawym tematem jest praca fotoreporterki. Film pokazuje charakter takiej pracy i trudności, które się w niej napotyka: praktyczne, takie jak wkradanie się na fermę futrzarską i psychiczne - dla Jo-Anne najtrudniejszy jest moment, gdy po sfotografowaniu zostawia zwierzęta, wiedząc, że nie może im wszystkim pomóc i wierząc, że za pomocą zdjęć może im bardziej pomóc niż interweniując bezpośrednio. Ten sam problem napotykają fotoreporterzy dokumentujący cierpienie ludzi, np. podczas wojny, ale także w ramach struktur współczesnej globalnej gospodarki, np. wyzysk dzieci na plantacjach w Afryce. Ujawnia się tu problem dobra ogółu i jednostki. Konkretne zwierzęta, często chore, poranione, bardzo cierpiące, przeznaczone na pewna śmierć Jo-Anne zostawia, ale jednocześnie  fotografowanie jest misją mającą na celu poprawę sytuacji zwierząt poprzez ujawnienie faktów związanych z warunkami ich życia i umierania, informowanie opinii publicznej i wpływanie na postawy społeczne. Jo-Anne, będąc świadoma banalności tego stwierdzenia, nieco przekornie mówi "Yes, I'm trying to save the world". Opowiada także o potrzebie regeneracji psychicznej po oglądaniu zła w tak dużej dawce. By móc dalej fotografować cierpiące zwierzęta, musi przez jakiś czas pobyć z tym szczęśliwymi, z tego względu co jakiś czas odwiedza przytulisko dla zwierząt (tzw. farm sanctuary), gdzie przebywają krowy, świnie i inne zwierzęta uratowane z rzeźni, hodowli lub transportu. Co istotne obcowanie z tymi zwierzętami jest wchodzeniem w relację z konkretnymi jednostkami, poznawaniem ich osobowości i obserwowaniem przemiany jaką przechodzą w przytulisku.

Dobre są zarówno zdjęcia McArthur, które zostały pokazane z filmie, jak i zdjęcia w sensie materii medium filmowego.
kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Niestety film jest niemiłosiernie amerykański i po amerykańsku sentymentalny. Jest też bardzo spokojny, co samo w sobie nie jest co prawda wadą, ale staje się nią, gdy zbyt banalne sceny są pokazywane zbyt długo. Takiem momentem jest m. in. ten, w którym pokazywane są zdjęcia Maggie - suczki rasy beaggle zaadoptowanej po eksperymentach w laboratorium. Maggie jest oczywiście cudownym psiakiem i nie wątpię, że w bezpośrednim kontakcie wcale nie jest nudna, niemniej zdjęcia szczęśliwego małżeństwa z pieskiem w przesadzonej ilości nie sprzyjają wciągnięciu się widza w opowiadaną historię.Cenne są sceny pokazujące wytatuowane numery w uszach obydwu polaboratoryjnych piesków. Są symbolicznym i dosłownym piętnem, jakie odcisnęło na nich laboratorium, kojarzą się także w dość oczywisty sposób z tatuażami więźniów z niemieckich nazistowskich obozów pracy i zagłady, przede wszystkim tych, którzy byli ofiarami doktora Mengele. 

 kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Jednym z ciekawszych momentów jest scena wkradania się na fermę futrzarską, ponieważ najzwyczajniej w świecie podkręca fabułę i buduje napięcie. Cennym momentem w filmie jest także ten omawiający projektowanie rzeźni. Naukowczyni z amerykańskiego uniwersytetu wypowiada się fachowo na temat opracowanego przez siebie projektu ubojni dla krów, która została opracowana w taki sposób, by była jak najwydajniejsza i sprawiająca jak najmniej problemów pracownikom. Badania z zakresu etologii i psychologii krów zostają wykorzystane do zaplanowania architektury i maszynerii rzeźni w taki sposób, by działała szybko i sprawnie. Nie do uniknięcia jest skojarzenie z planowaniem obozów zagłady, które miały w jak najwydajniejszy sposób unicestwić jak największą ilość Żydów, a jednocześnie pozyskać z nich jak najwięcej: ubrania, obuwie, cenne przedmioty, biżuterię i złote zęby w przypadku Żydów, a niekiedy nawet tłuszcz, zaś mięso, wnętrzności, skóry i kości w przypadku zwierząt. Warto przy tym pamiętać, że projekty techniczno-organizacyjne niemieckich obozów zagłady z czasów II wojny zostały opracowane w dużej mierze na podstawie projektów ówczesnych amerykańskich rzeźni przemysłowych, co opisuje dr Charles Patterson w "Wiecznej Treblince" (którą polecam czytać także w oryginale, gdyż polskie tłumaczenie jest fatalne pod względem językowym, chyba w ogóle niezredagowane). 


kadry z filmu "The Ghosts in Our Machine" 
 
"Duchy naszego systemu" są filmem niespecjalnie różniącym się od "The Witness" czy "Peacable Kingdom". Wydaje mi się, że trzeba znaleźć nową formułę dokumentu mówiącego o kwestii praw i wyzwolenia zwierząt, ich cierpienia i śmierci w masowych hodowlach i rzeźniach.  Przyszło mi do głowy kilka pytań, na które należałoby poszukać odpowiedzi tworząc kolejne filmy:

Jak kręcić filmy o problematyce wegetariańskiej tak, by nie były nudne i moralizatorskie?

Jak zaznaczyć obecność moralnego problemu bez nadużywania banalnych porównań typu: krowa na zielonej trawie versus zmaltretowana krowa w przemysłowej hodowli?
 
Jak mówić o uwikłaniu zabijania zwierząt w system, w codzienne życie i codzienne wybory większości ludzi bez wzbudzania w widzu mechanizmu psychologicznego polegającego na odrzuceniu problemu, dystansowaniu się do niego, chęci odsunięcia go od siebie z powodu poczucia winy?

Jak mówić o tych sprawach tak, by przemówić do ludzi, by uzmysłowić skalę zła, ale jednocześnie, by nie epatować okrucieństwem na ekranie? "Duchy naszego systemu" próbują temu sprostać serwując widzom minimalną dawkę okrucieństwa, bez której obraz byłby fałszywy. Wydaje mi się, że film został pomyślany tak, by można go było puścić w telewizji w godzinach kina familijnego lub zabrać na niego do kina grupę młodzieży szkolnej. Jest to niewątpliwą zaletą tego filmu, choć jednocześnie nie unaocznia on skali i ogromu zła, które w rzeczywistości jest niepojmowalne, niewypowiadalne... Czy da się w ogóle znaleźć taką formułę filmu dokumentalnego, która pozwoliła by to zło wypowiedzieć z całym jego przerażającym ogromem? Czy możliwa jest sztuka po Holokauście - pytał Adorno. Czy mówienie o tym w jakikolwiek inny sposób niż pokazanie gołych faktów nie jest estetyzacją holokaustu (zwierząt)?

  kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Jednym z filmów, w których się to udało jest "Erthlings", który, pomijając sam początek (nieco zbyt wzniosły jak na europejskiego widza), jest nagą prawdą, czystym dokumentem, co stwierdzam z całą świadomością tego, co pisała Susan Sontag o manipulacji obecnej zawsze w jakiś sposób w dokumencie. Ów wstęp do "Earthlings" nie ingeruje jednak w sam dokument, w to, co zostaje pokazane później, sugeruje jedynie możliwy (słuszny) sposób postrzegania tego, co zobaczymy dalej. "Earthlings" jest tak trudny do obejrzenia jak trudne do zaakceptowania są fakty, o których mów. Film jest tak jak owe fakty przerażający, szokujący, unieruchamiający. "Earthlings" obejrzałam z zamkniętymi oczami, inaczej się nie da. Oczy spuchły mi od płaczu, było mi fizycznie niedobrze, długo odchorowywałam ten film. Był tak trudny jak trudna jest prawda. Ale pytanie ile osób go obejrzy, kto go obejrzy, kto dotrwa do końca, kto w ramach psychicznej reakcji obronnej go nie wyprze i nie wyjdzie z kina mówiąc sobie: nie, to nie możliwe, nie, ja się do tego nie przyczyniam? Może zatem estetyzujemy Holokaust, by móc o nim mówić, może potrzebujemy złagodzonych form , by pewne fakty w ogóle móc przyjąć do wiadomości?
Wiem jednak, że istnieją osoby, które potrafią się emocjonalnie zdystansować do wszelkiego rodzaju obrazów i faktów. O problemie tego, dlaczego dany obraz lub dana informacja w jednych budzi empatię, a w innych nie, mówił podczas debaty psycholog dr Michał Bilewicz.

  kadr z filmu "The Ghosts in Our Machine" 

Nie zrażajcie się nudnawym zwiastunem "Duchów naszego systemu", idźcie do kina.
Tu można obejrzeć krótkie historie wybranych bohaterów filmu, takich jak świnia Nikki, indyczka Hildy czy suczka z laboratorium, Maggie: http://vimeo.com/theghostsinourmachine/videos
Nie zniechęcajcie się trochę patetycznym kilkuminutowym początkiem "Earthlings", obejrzyjcie ten film - producent udostępnia go bezpłatnie: http://earthlings.com/.
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
 ---

czwartek, 2 maja 2013

"Duchy naszego systemu" na festiwalu Planete+Doc

19.05. (niedziela), godz. 18.00
Kinoteka, ul. Plac Defilad 1
wstęp: 16 zł (wstęp na debatę darmowy!)

W ramach festiwalu  Planete+Doc i Tygodnia Wegetarianizmu organizowanego przez Fundację Viva odbędzie się premiera filmu Duchy naszego systemu (Ghosts in our machine) w reżyserii Liz Marshall. Film opowiada o pracy fotografki Jo-Anne McArthur, która dokumentuje warunki życia zwierząt w ponad 40 krajach. Jej fotografie są bardzo dobre i znalazły się na okładkach wielu magazynów i książek. Dwie z tych książek pokażę na debacie, która odbędzie się po seansie filmowym.
Wezmą w niej udział:
Prof. Andrzej Elżanowski - zoolog i paleontolog Polskiej Akademii Nauk
Dr Michał Bilewicz - psycholog społeczny, kierownik Centrum Badań nad Uprzedzeniami Uniwersytetu Warszawskiego
Dorota Łagodzka - historyczka sztuki, zajmuje się animal studies, Wydział Artes Liberales UW
Cezary Wyszyński - prezes Fundacji Viva!

Zapraszam do kina i na dyskusję, a tym, którzy nie dotrą, zdam na blogu relację z moich wypowiedzi. Podczas debaty chcę poruszyć nie tylko problematykę społeczno-etyczną, która jest przedmiotem samego filmu, ale także poddać analizie sam film jako film właśnie, pokusić się o jakąś ocenę, porównać go z innymi filmami dokumentalnymi na pokrewne tematy oraz poruszyć kwestię siły i sposobów oddziaływania tego typu kina. W jaki sposób za pomocą medium filmowego można mówić o cierpieniu i śmierci zwierząt oraz ich uwikłaniu w system i nasze codzienne życie?

Trailer filmu nie jest porywający, ale sam film już ciekawszy. Oprócz o relacjach ludzi i zwierząt nieczłowieczych mówi także o pracy fotoreprterki. A zdjęcia Jo-Anne McArthur są naprawdę dobre. Zdjęcia w znaczeniu formalno-technicznej składowej filmu - także.

Pokazy filmu i debaty odbędą się także w innych miastach: Wrocławiu, Krakowie, Szczecinie, Toruniu i Poznaniu. W Poznaniu w debacie udział wezmą m. in. dr hab. Monika Bakke, prof. UAM i Dariusz Gzyra.



---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

środa, 1 maja 2013

Animal studies - nowa perspektywa badawcza w humanistyce?

W Instytucie Badań Literackich PAN, w ramach trwającego od kilku miesięcy cyklu wykładów "Animalia", odbędzie się spotkanie dla wszystkich zainteresowanych problematyką studiów nad zwierzętami w badaniach nad kulturą.

Anna Barcz i Dorota Łagodzka, autorki projektu "Znaczenie studiów nad zwierzętami dla badań nad kulturą w Polsce" (NCN), przedstawią wstępne rozpoznania dotyczące zmiany postrzegania zwierząt na wybranych przykładach w literaturze (Barcz) i w sztuce (Łagodzka). Czy teoria literatury i sztuki potrzebują studiów nad zwierzętami? Czym miałby być zwrot zwierzęcy w humanistyce (coraz częściej nazywanej posthumanistyką)? Z jakimi ważnymi przemianami mamy do czynienia? Czy można mówić o kwestionowaniu antropocentrycznego paradygmatu? Jakie nowe sposoby postrzegania i rozumienia współczesnej kultury otwiera przed nami problematyka zwierzęca i jakie to ma znaczenie dla rzeczywistych zwierząt?

9.05.2013 (czwartek), godz. 18.00
IBL PAN, ul. Nowy Świat 72 (Pałac Staszica), 00-330 Warszawa
sala 144 

Osoby śledzące mój blog i znające moje publikacje oraz referaty na konferencjach prawdopodobnie nie dowiedzą się aż tak wiele nowego. Będzie jednak okazja, by dowiedzieć się czegoś o zwierzętach w literaturze. Spotkanie to jest także zaproszeniem do dyskusji nad tą problematyką. Mile widziane konstruktywne komentarze i sugestie. W szczególności zapraszam naukowców, intelektualistów i twórców, którym kwestie związane ze zwierzętami wydają się warte przedyskutowania, sproblematyzowania i teoretycznego opracowania, a także aktywistów prozwierzęcych, którzy doceniają rolę filozofii, teorii i sztuki w przemianach społeczno-etycznych.

Przy okazji przedstawiam stronę internetową Animal Studies PL, uruchomioną w ramach w.w. projektu NCN-owskiego. Dostępne są na niej informacje o projekcie, konferencji i wystawie, ale także informacje o innych konferencjach, wykładach, naborach tekstów, numerach czasopism, kursach i wystawach związanych z rozwojem studiów nad zwierzętami w Polsce. Zachęcamy do nadsyłania informacji o tego typu wydarzeniach na mail kontaktowy podany na stronie. 




---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

czwartek, 4 kwietnia 2013

Bielinek bytomkowiec w Kronice


fot. Adam Nuzban, źródło: http://www.nuzban.pl/b/bielibyt.htm

Bogna Burska, autorka "Arachne", pracy wideo, w której tarantula buszuje w kobiecym buduarze, tym razem będzie pracować z motylami. Projekt powstaje we współpracy z entomologami, a motyle ostatecznie zostaną wypuszczone na wolność i umieszczone w warunkach sprzyjających dla poszczególnych gatunków. Charakter tego przedsięwzięcia artystycznego przypomina nieco działania duetu Komar i Melamid, który podjął ekowspółpracę ze słoniami. Mimo iż takie postawy artystyczne nie są wolne od manipulacji, to jednak artyści angażują się ekologicznie, starając sprzyjać zwierzętom. Bogna Burska pomaga wylęgać się motylom, którym nie sprzyja poprzemysłowa metropolia miejska. Komar i Melamid natomiast zatrudniają słonie, które zostały najpierw oswojone, a następnie porzucone przez ludzi, żyjące w tajskich miastach. Słonie, w przeciwieństwie do tych tresowanych, malują, to, co chcą, a dochód z artystycznej działalności słoni zostaje przeznaczony na ich ochronę.

 Komar i Melamid ze słoniem Renee
Tarantula w pracy wideo Bogny Burskiej "Arachne"


Bogna Burska "Co jedzą rusałki?"
w ramach programu „Projekt Metropolis"
Galeria Kronika w Bytomiu
27 kwietnia - wrzesień 2013

Kurator: Stanisław Ruksza

Praca „Co jedzą rusałki?" Bogny Burskiej polega na próbie wyhodowania żywych motyli w galerii, nawiązując do początków idei wystawiennictwa, muzeów przed podziałem na specjalizacje, pokazujących zjawiska, które ludzie chcą oglądać (rzeczy, istoty, idee). Zarazem odnosi się do faz powstawania dzieła sztuki, jak i przemian człowieka w jego spełnianiu – fourierowskiej „namiętności motyla", potrafiącej zmieniać życie, zarówno społeczne, jak i samą naturę dzięki dostępności różnych aktywności.

Jak mówi artystka: „Idea założenia hodowli w galerii sztuki wzięła się w tym wypadku stąd, że proces przepoczwarzania owada, zwłaszcza takiego, który ma wiele faz życia oraz jest bardzo delikatny, efemeryczny i nie żyje długo, wydaje się bardzo podobny do procesu tworzenia dzieła sztuki. Procesu, który również nie zawsze musi się udać, a jeżeli się już uda, jego losy bywają różne: począwszy od interpretacji, a kończąc na jego losach i czasie trwania (nie zawsze długim)".

W Kronice, po konsultacjach ze śląskimi entomologami, powstanie motylarnia (ostatnia taka, założona w ogródku działkowym przez Bolesława Szczepańskiego istniała w regionie jeszcze dwa lata temu), złożona z gatunków żyjących w regionie. W skład hodowli wejdą m.in.: niedźwiedziówka kaja, zmierzchnica trupia główka, bielinek bytomkowiec, listkowiec cytrynek, rusałka pawik, rusałka pokrzywnik. Obserwować będzie można cały proces przepoczwarzania się owadów: od larw do dorosłych motyli. Po zakończeniu projektu wyhodowane motyle zostaną wypuszczone na wolność i umieszczone w warunkach sprzyjających dla poszczególnych gatunków.

Następstwem wystawy jest przygotowywany artbook z dokumentacją projektu oraz tekstami Sebastiana Cichockiego i Stanisława Rukszy.

Bogna Burska (ur. 1974) - artystka sztuk wizualnych, używa różnych mediów (m.in. wideo, instalacja, malarstwo, fotografia). Studiowała na Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. Obecnie wykłada na Akademii Sztuk Pięknych w Gdańsku. 



źródło: materiały Galerii Kronika


Przy okazji chciałabym też wspomnieć Marie Sybille Merian, której 336 rocznica urodzin minęła 2 kwietnia. Merian była przyrodniczką, której pionierskie badania entomologiczne i własnoręcznie wykonane wspaniałe ilustracje przedstawiające cykle rozwojowe owadów i egzotyczne rośliny są dziś nie tylko świadectwem ciekawości badawczej i kunsztu artystycznego, ale także odwagi kobiety, która dla wiedzy gotowa była wyłamać się z przypisanej jej płci roli społecznej*.


autorka: Maria Sybilla Merian, źródło: http://thebonegirl.tumblr.com/, cyt. za Obywatele Nauki



* Aneta Pieniądz, strona facebookowa organizacji Obywatele Nauki. 
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

poniedziałek, 1 kwietnia 2013

Malarski gest gigantycznego psa



Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art


Ogromny pies obsikuje budynek  Orange County Museum of Art  w Newport Beach w Kalifornii. Ta 28-metrowa rzeźba autorstwa Richarda Jacksona jest częścią wystawy Ain’t Painting a Pain. To pozornie zabawne dzieło kryje w sobie istotne znaczenia. Gest psa oznacza:
- to samo co gest Jacksona Pollocka
- uznanie dla Andrea Serrano
- zwierzęta jako podmioty twórcze
- erę posthumanizmu
- interakcję natury i kultury
- zwycięstwo natury nad kulturą
- spojrzenie na sztukę z punktu widzenia psa
- olewanie instytucji kultury przez rząd
- że sztukę trzeba olać
- że miasto jest zanieczyszczane przez zwierzęta
- postulat otwarcia miejsc publicznych dla zwierząt

Zaznacz prawidłową odpowiedź, ale nie zapominaj, że dziś Prima Aprilis.

Podziękowania dla Marzeny Kotyczki za znalezienie tej rzeźby.

Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art


 Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art


Richard Jackson, Bad dog,  wystawa Ain' t Painting a Pain, Orange County Museum of Art
---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
 ---

niedziela, 10 marca 2013

Bio-art Karoliny Żyniewicz

Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia


Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia


Podczas pobytu w Toruniu z powodu udziału w debacie "Granice sztuki" w toruńskim CSW, miałam okazję poznać przy okazji Karolinę Żyniewicz, artystkę, której biologiczno-chemiczna instalacja "Kwarantanna" w Galerii Wozownia została pokazana następnego dnia. Karolina jest artystką bezpretensjonalną, co w przypadku twórców zajmujących się bio-artem, jest raczej rzadkie. Podoba mi się także, że jej wystawa "Kwarantanna", prezentowana w ramach kolejnego cyklu wystaw w Laboratorium sztuki, kuratorowanego przez Marię Niemyjską, nie jest wątpliwa etycznie, w przeciwieństwie do większości dzieł bio-artu. Żyniewicz pracuje w materii nieożywionej, raczej chemicznej niż biologicznej (choć są i kiełkujące ziarna), ale nie sposób je przecież całkowicie rozdzielić.

Jak pisze Niemyjska: Projekt „Kwarantanna” obejmuje wyizolowaną w niewielkiej przestrzeni „sterylną” instalację oraz konstrukcje, które wyzwalają chemiczne procesy z udziałem wody, metali, soli. Procesy te nie rządzą się naukową, ale artystyczną logiką. W warunkach izolacji, przebiegają one samorzutnie, nie prowadząc do rozstrzygnięć na gruncie chemii czy biologii, ale na gruncie sztuki. W polu badania pojawia się estetyka organicznej materii jak również estetyka laboratorium, przypominającego w pewnych  aspektach white cube. Karolina Żyniewicz nie inicjuje rzeczywistych spotkań nauki ze sztuką, jak wielu artystów zajmujących się bioartem. Artystka raczej w swobodny sposób korzysta z laboratoryjnych procedur, a pozbawiając je naukowej celowości, nadaje im sens podyktowany subiektywnymi potrzebami.  Może właśnie ten brak pretensji do naukowości sprawia, że bio-art Żyniewicz nie jest kontrowersyjny z bioetycznego punktu widzenia. Dzięki temu nie jest szokujący, smutny i męczący. I dlatego o nim piszę. Kontrowersyjna sztuka jest nudna. ;)

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

Na swoim blogu artystka pisze, że bardzo się starała uzyskać idealnie sterylne, białe wnętrze: Osoby przechodzące, w trakcie mojej pracy zachwycały się czystością i jednocześnie wyrażały obawę o jej zniszczenie śladami stóp zwiedzających. Mnie samej również chodziła po głowie ta myśl. Pojawiła się idea przygotowania ścieżki po środku, wyznaczenia obszaru ,,do zadeptania,,. Ostatecznie jednak każdy dodatkowy element raził mnie obcością, sam "zbrudzał". Podjęłam decyzję o ,,poddaniu,, się w walce o zachowanie ideału. Choć muszę przyznać, że pierwsze ślady, które znalazłam na podłodze, spowodowały dziwne ukłucie a zaraz potem ulgę, że stało się, stan kwarantanny został przerwany, człowiek wszedł ,,z buciorami,, w sztucznie wygenerowany ideał. Efektu ,,zbrukania,, udało by się uniknąć, gdyby w niszach nie było nic do zobaczenia. Jednak umieściłam tam samorealizujące się obrazy. W jednej z wnęk ciecz, cieknąca z kroplówki, nawilża podłoże (z podpasek higienicznych), które chłonie i utrzymuje wodę, dając tym samym podstawy do wykiełkowania ziarnom. W drugiej wnęce obraz powstaje w kooperacji wody i soli. Wspólnie destruują one blachę, malując abstraksyjne plamy. Obie prace wymagają aktywności kuratora wystawy, który pod moją nieobecność, będzie dokumentował malarskie procesy.

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

 Karolina Żyniewicz, Kwarantanna, Laboratorium sztuki 2013. Nie(po)rozumienie, Galeria Wozownia

Zachęcam do śledzenia Laboratorium sztuki oraz do zapoznania się z poprzednim cyklem tych miniaturowych wystaw, pt. Wielkie mi rzeczy!, kuratorowanym również przez Marię Niemyjską.

---
Wszystkie teksty opublikowane na blogu Nie-zła sztuka objęte są prawem autorskim na licencji Creative Commons Uznanie autorstwa 3.0 Polska. Cytując teksty z niniejszego blogu, musisz podać imię i nazwisko autorki oraz nazwę i adres blogu.
---

piątek, 1 marca 2013

Plagiat i granice sztuki oraz istotne szczegóły związane z pijawką

performens Angeliki Fojtuch, Festiwal „Pigs&Rabbits”, Sopot, 2013, kadr z filmu Artura Trzcińskiego

W związku z opisanym przeze mnie w "Artmixie" performensem interwencyjnym Angeliki Fojtuch odbędzie się dyskusja w toruńskim CSW. Wezmą w niej udział zarówno Angelika Fojtuch jak i Arti Grabowski, a także krytycy sztuki, kuratorzy i pedagodzy: Hubert Bilewicz, Stanisław Ruksza i ja oraz filozof-etyk dr Marcin Zdrenka. Zabraknie niestety prawnika, który, jak się okazało, nie będzie mógł przyjechać. Johannes Deimling również został zaproszony, ale odmówił.

Poniżej zamieszczam zapowiedź dyskusji sformułowaną przez CSW, ja natomiast chciałabym poruszyć inną jeszcze kwestię związaną z performensem Angeliki Fojtuch i dyskusjami na temat granic sztuki. Otóż do tej pory zajmowałam się granicami sztuki w odniesieniu do używania zwierząt w sztuce. Z jednej strony można tu znaleźć punkty styczne, ponieważ pojęcie przekraczania granic sztuki można odnieść zarówno do tego, co zrobiła Fojtch, jak i do tego, co zrobił Grabowski, a wreszcie do tego, co zrobił Deimling.

Bardziej bezpośrednim punktem stycznym jest jednak użycie przez Fojtuch pijawki. Jak napisałam w "Artmixie"
pijawka przyczepiona do czoła symbolicznie wysysała myśli artystki, a pozostała po tym krwawiąca rana była raną emocjonalną, krzywdą, której doznała przez kradzież. Ściskaną (symbolicznie miażdżoną) w ręku pijawkę obnoszoną dookoła sali można rozumieć jako zapowiedź zwycięstwa Fojtuch w wojnie o prawo autorskie do credo artystycznego. W tym miejscu na prośbę artystki chciałabym wyraźnie zaznaczyć, że pijawka nie była miażdżona dosłownie i nie stała jej się żadna krzywda. Wręcz przeciwnie, żyje nadal w mieszkaniu Fojtuch. Tak jak wspomniałam artystka użyła jednak zwierzęcia, nad którym miała przewagę i które zostało potraktowane przedmiotowo, co może stanowić precedens do używania w sztuce innych zwierząt, których losy bywają często niewesołe. W tym wypadku jednak, paradoksalnie, zwierzę zostało uratowane właśnie dzięki wykorzystaniu go w sztuce. Gdyby bowiem Fojtuch nie zaangażowała pijawki do swojego performensu  zostałaby ona zutylizowana niezwołocznie po użyciu w celach medycznych (w hirudoterapii). Jest to kolejny przykład na to, że komentowana przeze mnie wcześniej wersja zapisu dotyczącego sztuki proponowanego przez Ewę Chudybę do ustawy o ochronie zwierząt, mimo słusznych celów, jest wyrazem zbyt małej wnikliwości i nieuwzględniania różnorodności sztuki i sytuacji etycznych, które w jej obrębie mogą zaistnieć. Utwierdza mnie to w przekonaniu, że pojęcie krzywdy jest kluczowe dla wspomnianej inicjatywy ustawodawczej. Tutaj bowiem w sztuce pojawiło się żywe zwierzę, ale nie zostało skrzywdzone, tylko uratowane. Jest to jednak raczej wyjątek.

Wracając jednak do samej dyskusji w CSW, dotyczy ona przede wszystkim zjawiska plagiatu. Nie będę się tu rozpisywać, żeby mieć o czym mówić podczas panelu, ale wspomnę jedynie, że zjawisko plagiatu szerzy się ostatnio także w świecie naukowym. W tym temacie polecam artykuły na Forum Akademickim, ponieważ wydaje mi się, że plagiat, wbrew któremu protestuje Fojtuch nie różni się jakością (choć wielkością - owszem) od plagiatu Magdaleny Otlewskiej, którego ofiarą stała się przede wszystkim dr hab. Małgorzata Kowalewska Warto porównać fragmenty doktoratu Otlewskiej i doktoratu Kowalewskiej (na zdjęciach w prawej kolumnie artykułu), by nie mieć wątpliwości, że mamy do czynienia z plagiatem. Podczas spotkania w CSW będzie okazja, by Fojtuch w ten sam sposób porównała dwa katalogi. W środowisku akademickim obowiązują określone procedury związane z plagiatem, a jak to wygląda w środowisku artystycznym? Czym się różni plagiat od cytatu, od parafrazy oraz od appropriation art i sztuki pirackiej, o której pisała na swoim blogu Iza Kowalczyk? :
 http://strasznasztuka.blox.pl/2012/11/O-pochwale-sztuki-pirackiej-i-pracy-Oli-Ska.html
 http://strasznasztuka.blox.pl/2012/11/Obrazy-w-internecie-jak-zombie.html

GRANICE SZTUKI - panel dyskusyjny
czwartek, 7 marca, godz.18.00, LabSen

Jak daleko może posunąć się artysta? Czy może dowolnie przesuwać granice? Czy działanie artystyczne podlega normom społecznym i prawnym?
7 marca w toruńskim CSW odbędzie się debata z udziałem zaproszonych gości, którzy będą próbowali odpowiedzieć na powyższe pytania.
Punktem wyjścia debaty będzie konflikt dwojga artystów: Angeliki Fojtuch oraz Johanesa Deimlinga. Artystka zarzuciła niemieckiemu performerowi kradzież credo artystycznego. Je protest nie doczekał się żadnej reakcji ze strony środowiska artystycznego, akademickiego i instytucjonalnego. Frustracja Fojtuch, spowodowana ignorowaniem problemu i środowiskową inercją  – rosła. Okazją do inteligentnej reakcji, która stała się jednocześnie działaniem artystycznym, był „interwencyjny  performance” artystki, wykonany podczas męskiej edycji festiwalu „Pigs&Rabbits”. Akcja miała miejsce 11 stycznia 2013 roku w Państwowej Galerii Sztuki w Sopocie (materiał video z akcji: http://www.youtube.com/watch?v=JHMybEOWN60&feature=youtu.be ).
Zaproszeni do CSW goście, reprezentujący zarówno środowisko artystów, jak i krytyków i teoretyków sztuki, włączą się w ten trudny dyskurs, próbując uczciwie przedstawić swoje stanowisko dotyczące zjawiska plagiatu w przestrzeni artystycznej i jego konsekwencji etycznych i prawnych. Czy artystka miała prawo zakłócić działanie performatywne Deimlinga? Dlaczego to zrobiła? Czy reakcja kuratora Artiego Grabowskiego była prawidłowa, czy wręcz przeciwnie – niedopuszczalna?
Zapraszamy na dyskusję!
Paneliści:
Angelika Fojtuch
Arti Grabowski
Hubert Bilewicz
Stanisław Ruksza
Dorota Łagodzka
dr Marcin Zdrenka

Notki biograficzne panelistów można znaleźć na stronie CSW.